Rozdział
24
Lista
kartek świątecznych (cz.1)
Następnego
ranka obudził mnie dzwonek telefonu Benny’ego i wiedziałam, że go obudził, gdy
usłyszałam, jak wymamrotał - Kurwa.
To
wywołało u mnie uśmiech, bo miałam skłonność do uśmiechania się każdego dnia,
gdy budziłam się obok Benny’ego, nawet jeśli budził się przeklinając. Poczułam,
jak ciepło oddala się od moich pleców, gdzie mnie przytulał. Odwróciłam się
razem z nim, otwierając oczy i zobaczyłam, jak sięgał do szafki nocnej po
telefon.
Oparł
się na przedramieniu na łóżku, przyłożył telefon do ucha i przywitał się
„Benny”.
Słuchał
przez kilka sekund, po czym wykręcił szyję, jego oczy skierowały się na mnie, a
mój żołądek ścisnął się na ich spojrzenie. Potem podciągnął się i oparł plecami
o zagłówek, odłożył telefon od ucha, wcisnął przycisk na ekranie i wydobył się
z niego bardzo atrakcyjny, głęboki męski głos.
-
…prowadzę śledztwo – powiedział głos - Rozumiem, że od naszych byłych klientów
masz kopie tego, co odkryli i według nich bezpieczniej będzie, jeśli przekażesz
nam to. Chciałbym cię poprosić, żebyś dzisiaj wybrał się do restauracji Franka
na Main Street w Brownsburgu. Będzie tam mężczyzna o imieniu Herb. Możesz mu
dać pendrive’y. Mam człowieka w drodze do Brownsburga. Spotka się z Herbem i
zdobędzie napędy. Zabierzemy to stamtąd.
Głos
ucichł i Ben powiedział do telefonu - Koleś, bez obrazy, ale cię nie znam.
Jesteś głosem w telefonie, który dzwoni wcześnie w niedzielę bez ostrzeżenia.
Więc nie dam nic przypadkowemu facetowi w restauracji.
„Powiedziano
mi, że zostaliście poinformowani, że nasze służby są zaangażowane –
odpowiedział głos.
O
mój Boże.
Czy
to był ten Nightingale?
Mój
wzrok powędrował do Benny’ego i zobaczyłam, że patrzył na telefon.
-
Słuchaj – powiedział - Powtarzam, nie znam cię, więc nie chcę mówić o czymś ni
chuja.
-
Możesz nas znaleźć w Internecie – odpowiedział głos - Jak powiedziałem, jestem
Lee Nightingale. Mam firmę Nightingale Investigations. Człowiek, którego
wysyłam, to Luke Stark. Będzie tam dziś po południu. Chcemy dyski przed jego
przybyciem, abyśmy mogli je przejrzeć i wyznaczyć mu zadanie bez opóźnienia.
-
Jeśli zarabiasz na życie tym, co robisz i wiesz, co się z tym wiąże, a miałbyś
w środku swoją kobietę, czy przyjąłbyś telefon od nieznanego faceta i zrobiłby
to, co ci każe?
Potem
nastąpiła chwila wahania - Rozumiem, o co ci chodzi. Wyszukaj nas w Internecie.
Jak masz adres e-mail, podaj mi go. Wyślę ci jeden i będzie miał w adresie
naszą domenę.
-
Nie jestem pewien, czy to poprawia mi humor – stwierdził Benny, nie mając
zielonego pojęcia o e-mailach ani o tym, że zarejestrowanie i używanie nazwy
domeny w niedzielny poranek tylko po to, by zwabić niczego niepodejrzewającego,
opiekuńczego, przystojniaka z Włoch, byłoby nie lada wyczynem.
-
Więc dam ci to, żebyś poczuł się lepiej – odpowiedział Lee Nightingale - Zaczęliśmy
badać tę sprawę i naszym klientom zabrakło środków. Nie podobało nam się to, co
znaleźliśmy, więc nie zaprzestaliśmy dochodzenia, nawet gdy nie mogli już
płacić za nasze usługi. Bez wątpienia mamy więcej, niż ty masz, być może
wystarczy, aby ujawnić to gówno i powstrzymać zły lek przed wejściem na rynek.
Jeśli masz dowody, żeby zawiązać na tym kokardę, będziemy zobowiązani. Tym
bardziej, gdybyśmy mogli przestać się pierdolić, mogli zdobyć to i
uporządkować, zanim ogłoszone zostaną kolejne zabójstwa. I na koniec, zrób to
wszystko, zanim Salvatore Giglia i jego zbiry zaangażują się bardziej i jeszcze
bardziej powiększą ten bałagan, a nawet ściągną z agendy oskarżenia z powodu
zaangażowania mafii.
Na
to westchnęłam cicho, a Benny na mnie spojrzał.
Nightingale
wiedział o Salu.
Kiedy
Ben pochwycił mój wzrok, powiedziałam - Może powinniśmy spotkać się z tym
Herbem u Franka.
–
Czy to Francesca Concetti? – zapytał Nightingale.
Spojrzałam
na telefon - Tak.
-
Nie masz przydzielonego zadania – stwierdził natychmiast (i władczo). –
Podobnie jak wszyscy inni. Ludzie Giglii zajęli się strzelcem wynajętym na
Furlocka. Teraz możesz odwołać Giglię. Zabierz dyski do Herba. Jutro idź jak
zwykle. Pracuj. Mamy to odtąd.
Przepraszam?
Jakiś
przypadkowy facet przez telefon „ma to odtąd?”
Pochyliłam
się w stronę komórki Benny’ego i warknęłam - Jest wielu ludzi, którzy przez długi
czas nadstawiali karku, a którzy mają wiele do stracenia.
–
Frankie – mruknął Ben.
-
Mogą przestać nadstawiać karku – odpowiedział Nightingale.
–
I to dobrze – wtrącił Benny.
Odwróciłam
wzrok w jego stronę i zobaczyłam jego wzrok na sobie, i spojrzałam na niego
gniewnie.
Przeniósł
wzrok na telefon, jednocześnie przybliżając go do swojej twarzy (i oddalając od
mojej) - Sprawdzimy cię. Wyślij e-mail. Napisz w nim coś, co mogliby wiedzieć
tylko twoi klienci. Potwierdzimy tę informację z klientami i jeśli się
potwierdzi, o pierwszej spotkamy się z tym Herbem u Franka. Zachowamy kopie
dysków. Chcemy też bezpośrednich kontaktów z tobą i tym Starkiem, abyśmy mogli
być na bieżąco informowani o tym, jak się sprawy mają, i nie mam tu na myśli
e-maili.
-
Luke nie używa e-maili – wymamrotał Nightingale i zauważyłam, że Ben spogląda
na mnie zadowolony, więc przewróciłam oczami - To moja osobista komórka –
kontynuował - Wyślij mi SMS-a ze swoim adresem e-mail. Potwierdzimy z Herbem,
że spotyka się z tobą u Franka.
-
Racja - powiedział Ben.
-
I uwaga, Herb jest… - zaczął Nightingale, zrobił pauzę i mówił dalej - Niezwykły.
Poczułam,
że Ben był spięty, gdy zapytał - Jak to niezwykły?
-
Nie jest młody. Nie jest wysoki. Jest rudy. Jest głośny. Prawdopodobnie powie
coś niestosownego. I w dużej mierze pochodzi z Indiany.
-
Co to znaczy? - Zapytałam.
-
Oznacza to, że nie ubieraj się na czerwono, bo pochodzi z rodziny Purdue[1] –
odpowiedział Nightingale.
Mieszkałam
w Indianie niecały rok, a mimo to doskonale wiedziałam, co to oznacza.
-
Czerwony odpada – mruknęłam.
–
Dobrze między nami? – zapytał Ben Nightingale’a.
–
Tak – odpowiedział Nightingale - Wyślij SMS-a. Dostarczymy ci informacje
Luke’owi, a ty i twoja kobieta możecie ustąpić.
Benny
nie był tym spięty. Po jego twarzy mogłam poznać, że ostrożnie mu ulżyło.
-
Porozmawiam z Salem i dokonam przekazania – powiedział mu Ben.
-
Racja. Dzięki. To wkrótce się skończy.
–
Mam, kurwa, taką nadzieję – mruknął Ben.
-
Skończy – powiedział głęboki, atrakcyjny głos Nightingale’a i zrobił to tak
stanowczo, że mu uwierzyłam.
–
Racja – powiedział Benny - Później.
-
Później – odpowiedział Nightingale, a Benny nacisnął przycisk, aby zakończyć
połączenie.
Następnie
dotknął kolejnych przycisków i zapytał - Jaki jest twój e-mail? - Podałam mu
mój adres e-mail, a jego kciuk przesunął się po ekranie. Musiał kliknąć
„wyślij”, bo na mnie spojrzał - Włącz laptopa, cara.
Moje
oczy zmrużyły się na ten rozkaz – Czy mogę najpierw dostać buziaka na dzień
dobry?
-
Możesz mieć pieprzenie na dzień dobry – długie, wesołe, uroczyste – jeśli uda
nam się przekazać to gówno jakiemuś detektywowi z pieprzonego Kolorado, wyciągnąć
z tego Sala, żeby nie żądał, żebyśmy zmienili nazwiska naszego pierwszego syna na
jego nazwisko i skoncentrować się na tym, czy uzyskasz zgodę na pracę w
Chicago, czy znajdziesz pracę w Chicago, żebym mógł wrócić do domu i zabrać ze
sobą moje maleństwo - Pochylił się w moją stronę, aby dokończyć - Wszystko to
wymaga włączenia twojego laptopa.
-
Jesteś zrzędliwy, kiedy budzi cię jakiś detektyw z Kolorado – zauważyłam.
–
Tak, bo to wymaga ode mnie zrobienia wielu rzeczy, których nie chcę robić,
zanim zakopię kutasa w mojej kobiecie.
Kiedy
się nie poruszyłam, po prostu dalej się na niego gapiłam, kontynuował – I staję
się bardziej zrzędliwy, kiedy ona leży i patrzy na mnie złym okiem, zamiast
wyciągać swój słodki tyłeczek z łóżka i brać laptopa.
-
Myślę, że wyraziłam się stosunkowo jasno, że bycie przez ciebie apodyktycznym
nie jest moją ulubioną rzeczą – powiedziałam mu.
-
To wtedy, kiedy jesteś dla mnie mokra – odpowiedział.
To
było do bani, ale miał rację.
Irytowało
mnie to, ale w tamtym momencie miałam do wyboru albo walkę na spojrzenia z
Bennym, kontynuowanie naszej kłótni, co było w pewnym sensie niedorzeczne, albo
pójście po laptopa.
Zdecydowałam,
że pójdę po laptopa, ale kiedy zrzuciłam ze siebie kołdrę (a tym samym z Benny’ego,
ponieważ miałam zamiar wspiąć się na niego, bo jego bok był bliżej), zrobiłam
to, rządząc się.
-
Wezmę laptopa i zajmę się pierwszą częścią operacji. Idź oprowadzić Gusa.
Wspinałam
się na niego, ale nie udało mi się to, gdy jego dłonie zwinęły się pod moimi
ramionami. Wydałam z siebie zdziwiony dźwięk, gdy przewrócił mnie na plecy,
przykrył i złożył na mnie mocny, krótki pocałunek.
Kiedy
podniósł głowę, zapytał - Zadowolona?
Niezbyt.
-
Lepiej, żeby to była obietnica tego, co ma nadejść – odpowiedziałem.
-
Kiedy nie była? - zapytał.
Miał
jeszcze jeden celny punkt, tym razem doskonały.
-
Przestań być niesamowity, kiedy mam gówno do zrobienia.
Uśmiechnął
się.
Zmarszczyłam
brwi, patrząc na niego.
To
wywołało u niego szeroki uśmiech. Niestety zrobił to zdejmując mnie z siebie,
więc nie odczułam w pełni jego mocy, chociaż miało to swoje zalety, bo ja mogłam
zająć się swoimi sprawami, on mógł zająć się Gusem, a potem mógł zabrać się do
spełnienia swojej obietnicy.
Wzięłam
laptopa, włączyłam go i umyłam zęby. Ben włożył dżinsy, koszulkę i buty do
biegania, po czym wziął psa, smycz i wystartował.
Dostałam
email. Potem zadzwoniłam do Tandy i poprosiłam, żeby zapytała przyjaciółkę, jakie
kolory zostały użyte na weselu „Roxie i Hanka”. Włożyłam spodnie do jogi i
koszulkę na ramiączkach, a Tandy zadzwoniła.
Ben
wrócił, kiedy robiłam kawę - Jest dobrze? – zapytał, puszczając Gusa ze smyczy,
po czym psiak pogalopował do kuchni i zaczął podskakiwać mi po łydkach.
Pochyliłam
się, żeby go podnieść, a kiedy trzymałam go w ramionach, żeby go przytulać,
powiedziałam Benny’emu - Czekam teraz na potwierdzenie od Tandy.
Benny
skinął głową i ruszył korytarzem.
Spojrzałam
na Gusa i zapytałam - Śniadanie?
Dał
mi po szyi szczenięcy pocałunek.
Uznałam
to za „tak” i kończyłam stawiać dla niego czyste miski z wodą i jedzeniem, gdy
zadzwonił dzwonek do drzwi.
Spojrzałam
w tamtą stronę w chwili, gdy poczułam, jak Benny opuścił wejście do hallu i
usłyszałam, jak zapytał - Kto to do cholery jest?
-
Nie mam pojęcia – odpowiedziałam.
Ruszył
w stronę drzwi, ale zrobił to, patrząc na mnie – Myślałem, że bez kodu nie możesz
dostać się do kompleksu.
-
Nie możesz – potwierdziłam.
Ben
nie wyglądał na zadowolonego, gdy szedł dalej do drzwi.
Otworzył
drzwiczki dla dzieci, które były naprawdę super fajnym wizjerem, a potem
usłyszałam, jak mamrocze - Jezu.
-
Co? - zawołałam, obchodząc blat wyspy i udając się do salonu.
Kiedy
tam dotarłam, drzwi były otwarte i stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam
wchodzącego Sala.
Wydał
taki rozkaz: „Odwołajcie te psy”.
Gapiłam
się na niego.
–
Miło cię widzieć, Sal. Chcesz wejść? Napijesz się kawy? – zapytał sarkastycznie
Ben, zamykając za nim drzwi.
Sal
spojrzał na mnie, objął mnie spojrzeniem od stóp do głów, po czym przywitał się
- Jak zawsze piękna, amata -
Następnie zwrócił się do Benny'ego. – Od wielu godzin jestem w drodze, figlio. Nie mam nastroju na twoje gówna.
Ben
wyszedł z przedpokoju, zatrzymał się, rozstawił szeroko stopy i skrzyżował
ramiona na piersi. Dopiero wtedy zasugerował - Może zaczniesz od powiedzenia
nam, co cię skierowało w trasę, a potem będziemy mogli przejść dalej.
-
To jest moja misja dobrej woli – stwierdził Sal, wskazując kciukiem na klatkę
piersiową i pochylając się w stronę Benny’ego - Nie potrzebuję prywatnych detektywów
kutasów ze stanu Rocky Mountain, którzy się wtrącają.
O
Boże.
Wiedział
o Nightingale'u.
Nie
było to zaskakujące. Sal wiedział prawie wszystko, a jeśli nie, miał sposoby,
żeby się dowiedzieć. Zaskakujące było to, że wydawał się być szczery w kwestii
swojej „misji dobrej woli”.
-
Sal, oni zajmują się tą sprawą dłużej od nas i potrafią robić gówno na
najwyższym poziomie, a nie powalać ludzi i zabijać ich – zauważył Benny.
-
Nie będę nikogo zabijał – warknął Sal.
–
Co się stało z zabójcą? - zapytał Bena – A może nie chcę wiedzieć?
Sal
usiadł wygodnie i uśmiechnął się - Dostał propozycję nie do odrzucenia.
Zacząłem
chichotać.
Ben
przeniósł na mnie wzrok.
Zacisnęłam
usta i przestałam chichotać.
Benny
spojrzał na Sala i powiedział cicho - To gówno nie jest śmieszne. Rozmawiamy o
pieprzonym zabójcy.
W
tym momencie Sal wyglądał, jakby zaczynał się wściekać, przez co mój oddech
zaczął być dziwny.
-
Na szali są setki, może tysiące istnień ludzkich. Ten lek jest zły i przestaje
działać, Benny. Nie zajmuję się dobrymi uczynkami, ale to nie znaczy, że nie
wiem, że to nie jest przyzwoita praca, którą trzeba dobrze wykonać. Ale to nie
wszystko. To dla mojej Frankie. Myślisz, że nie zrobiłbym wszystkiego, żeby uchronić
jej tyłek przed kłopotami?
Pomyślałam,
że to bardzo miłe i dzięki temu Sal i Gina znaleźli się na mojej liście kartek
świątecznych (i liście kartek urodzinowych, a może, gdybym mogła to zmienić i
nie doprowadzić rodziny Benny’ego do szaleństwa, do zaproszenia dla nich na
nasze przyjęcie zaręczynowe).
Z
jakiegoś powodu Ben nie uważał tego za słodkie.
Wiedziałam
to, kiedy zażądał - Wyjaśnij mi to.
-
Wyjaśnij co? zapytał Sal.
-
Dlaczego wpakowałeś się w gówno Frankie – stwierdził Ben. – Vinniego nie ma,
Sal. Ona nie jest już członkiem twojej rodziny.
Po
tym komentarzu Sal przestał wyglądać, jakby miał się wściekać, a stał się po
prostu wkurzony.
Niedobrze.
Zrobiłam
krok w ich stronę, szepcząc - Benny…, ale Sal mi przerwał.
-
Ona zawsze będzie rodziną.
-
Wyjaśnij to – powtórzył Ben.
-
Rodzina nigdy nie umiera – odpowiedział Sal.
-
Twój gatunek tak – odpalił Ben i w normalnych okolicznościach taka wymiana zdań
nie byłaby niebezpieczna. Ta wymiana mogłaby nawet być pozytywna w sensie
„wydobycia wszystkiego z siebie” (wreszcie), w sposób uzdrawiający.
Miałoby
to miejsce, gdyby jedna z osób zaangażowanych w wymianę zdań nie była szefem
mafii.
-
Nie rozumiesz tego – ucinał Sal, a jego wkurzony gniew skwierczał w powietrzu –
bo miałeś to, czego ona nie miała, kiedy dorastałeś. A jeśli nie znajdziesz
sposobu, żeby to zrozumieć, to nie jesteś mężczyzną dla niej. Człowiekiem,
jakim myślałem, że będziesz. Dorastając, nie miała ojca, który by się nią chociaż
trochę przejmował, a ja – znowu wskazał kciukiem na pierś – rozumiem.
Na
tę wiadomość – głęboką, rozdzierającą serce rozmowę Sala o czymś, czego nigdy
nie wiedziałam – wstrzymałam oddech i wlepiłam w niego wzrok, gdy oczy nagle
zapiekły mi łzami, gdy mówił dalej.
-
Miałeś to wszystko, gdy dorastałeś, Benito Bianchi. Jeśli tego nie masz,
szukasz tego i masz nadzieję w Chrystusie, że poszukiwania nie będą trwały całe
życie i sprawią, że weźmiesz ostatni oddech i będziesz wiedział, że przeżyłeś
życie, nigdy nie mając niczego, czego potrzebujesz.
Rozumiem, dlaczego mnie nie lubisz. Rozumiem, dlaczego nie chcesz, żebym był w
pobliżu Frankie. Ale mnie to nie obchodzi. Jeśli w jakiś sposób będę mógł dać
jej część tego, czego ona potrzebuje, zrobię to. Jeśli Gina będzie mogła dać
jej swoją część, zrobi to. Podoba ci się to czy nie.
–
Sal – szepnęłam, a jego wzrok skierował się na mnie.
–
Jesteś piękna, Francesco Concetti. Masz w sobie światło, którego twoi rodzice
nie byli w stanie zgasić. Świeci jasno na Ginę i na mnie. Mamy dziewczynki.
Rozumiemy to światło. Znamy przywilej posiadania tego. Wiemy, jaką osobą
jesteś, że nam to dajesz, nawet po tym, co stało się z Vinniem. Jeśli zechcesz
nam to dalej dawać, weźmiemy to. Jeśli będziesz musiała
nam to odebrać, nie spodoba nam się to, ale będziemy z tym żyć, bo cię kochamy
i to właśnie zrobisz.
Poczułam
łzę spływającą po moim policzku, gdy stałam jak zamrożona i wpatrywałam się w
Salvatore Giglię, w końcu po tych wszystkich latach rozumiejąc, dlaczego on i
jego żona wciąż byli na mojej świątecznej liście.
Kiedy
to wpatrywanie się trwało dłuższą chwilę, ochryple, powiedziałam mu - Ja też
cię kocham.
–
Wiem – odpowiedział cicho.
-
Myślę, że właśnie zostałeś zaproszony na moje przyjęcie zaręczynowe –
wypaliłem.
Sal
uśmiechnął się.
Benny
wymamrotał - Chryste.
-
Chodź tutaj, amata – rozkazał Sal.
Poszłam,
a kiedy tam dotarłam, szef rodziny mafijnej wziął mnie na ręce.
Objęłam
go swoimi.
Trzymaliśmy
się przez chwilę, zanim Ben zawołał - Kotku.
Trzymałam
się, ale mokre oczy skierowałam na Benny’ego.
-
Chcę, żebyś miała swoją chwilę, a jak potrzebujesz więcej, bierz ją dalej, ale
Sal i ja musimy uporządkować sytuację z Nightingalem.
-
Okej - odpowiedziałam, a Sal odsunął się, ale nie całkowicie. Trzymał mnie obok
siebie, obejmując mnie jednym ramieniem, a ja trzymałam jedno ramię wokół niego,
gdy zwróciliśmy się do Benny’ego.
-
Odwołaj tego Nightingale’a – zażądał natychmiast Sal.
-
Rozmawiałem raz z tym mężczyzną. Mimo to było dla mnie całkiem jasne, że on nie
słucha rozkazów szefa mafii ani nikogo innego – wrócił Benny.
–
Przekonaj go – rozkazał Sal.
Ben
spojrzał w sufit.
Zacisnęłam
ramię na Salu, a on na mnie spojrzał.
-
Może powinniśmy pozwolić mu robić to, co robi, biorąc pod uwagę, że zarabia na
życie – powiedziałam Salowi.
–
A my nie znamy tego gościa. Może jest gówniany w tym, co robi, a jeśli mu to pozwolimy,
będzie oznaczało, że teraz jesteś bezpieczna, a to obróciło się w to, że nie
jesteś taka bezpieczna.
Nie
wiedziałem nic o PI, ale strona Nightingale Investigations była całkiem fajna. Była
atrakcyjna. Bardzo męska. Niezwykle profesjonalna. To nie było rozwlekłe. W
rzeczywistości, poza jednozdaniowym oświadczeniem misji, które było
rzeczywistym oświadczeniem misji, a nie fałszywym sloganem, wszystko było
wypunktowane.
Z
drugiej strony dobra strona internetowa prawdopodobnie nie sprawiała, że był
dobrym prywatnym detektywem.
Zacisnęłam
usta i spojrzałam na Benny’ego.
Benny
westchnął, zanim powiedział – Jasne. Jeśli dostanę zgodę od dziewczyny Frankie,
zadzwonię do Nightingale’a. Powiem mu, że to mu podrzucimy, ale chcemy spotkać
się z jego człowiekiem w trakcie, żebyśmy wiedzieli, komu przekazujemy to
gówno.
-
I powiedz mu, że jego człowiek będzie współpracował z moimi ludźmi – dodał Sal.
-
Sal – zaczął Benny – ten facet nie tylko nie wygląda mi na takiego, który
przyjmuje rozkazy, ale też nie wygląda na takiego, który bierze przypadkowych
partnerów, kiedy zajmuje się ważnym dochodzeniem, a zwłaszcza, kiedy tym
partnerem jest mafia.
-
On zrozumie dobry uczynek – odpowiedział Sal.
-
Nawet ja nie rozumiem, jak robisz dobry uczynek, ale właśnie byłem świadkiem,
jak dajesz mojej kobiecie coś, co jest po prostu dobre i czyste – odpowiedział
Benny, a moje serce zabiło mocniej, gdy poczułam, jak ciało Sala napięło się
obok mnie.
Poczułam,
że się rozluźnił, więc podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak wyszczerzył się w
gównianym uśmiechu, gdy zauważył - Myślę, że właśnie powiedziałeś mi coś
miłego, figlio.
-
Pamiętaj, aby zapisać to w swoim pamiętniku – mruknął Ben, gdy zadzwonił mój
telefon.
Oderwałam
się od Sala i pobiegłam do kuchni z Gusem depczącym mi po piętach, myślącym, że
to zabawa i sięgnęłam po telefon.
To
była Tandy.
Odebrałam
telefon i otrzymałam potwierdzenie, że Roxie i Hank mieli ślub w Wigilię Bożego
Narodzenia, więc ich kolorami były zielony i czerwony, o czym siostra
przyjaciółki Tandy wiedziała, bo została na niego zaproszona.
Takie
kolory Nightingale umieścił w swoim e-mailu.
Nightingale
był na fali wzlotów.
Podziękowałam
Tandy i przekazałam tę wiadomość Salowi i Benowi.
Gdy
tylko to zrobiłam, Sal spojrzał na Benny'ego i rozkazał - Zadzwoń, figlio.
Ben
patrzył na Sala przez dłuższą chwilę, zanim spojrzał na mnie.
–
Jesteś absolutnie pewna, że nie chcesz pracować w pizzerii? - zapytał - W mojej
pizzerii takie gówna się nie zdarzają.
Uśmiechnęłam
się do niego.
Czekał.
Uśmiechałam
się do niego, żeby wiedział, że to była jedyna odpowiedź, jaką otrzyma.
–
Cholera – mruknął i sięgnął do tylnej kieszeni po telefon.
Gus
polizał moją stopę.
Zawołałam
- Sal, chcesz kawę i wczorajszego pączka?
Sal
odwrócił się i uśmiechnął do mnie.
*****
Weszliśmy
do restauracji Franka o drugiej trzydzieści tego popołudnia, bo spotkanie
przesunięto, żeby Luke Stark mógł wylądować na międzynarodowym lotnisku w
Indianapolis, wypożyczyć samochód i spotkać się z nami. Zmieniana planów, kiedy
wysłuchał części mowy Benny’ego, Lee Nightingale’owi niezbyt się spodobała.
Odkryliśmy zmianę planów, o której Lee Nightingale nie poinformował Herba od
chwili, gdy weszliśmy do restauracji.
A
Herb przyprowadził towarzystwo.
Wiedzieliśmy
o tym, kiedy weszliśmy i usłyszeliśmy kobiecy głos wołający – Ju-hu! To wy
jesteście Frankie i Benny?
Spojrzałam
na stolik z tyłu i zobaczyłam starszą kobietę z ręką uniesioną do góry i
machającą do nas. Obok niej siedział starszy, rudowłosy mężczyzna i patrzył na
nią jak na szaleńca.
Sal
był z nami. Dwóch mężczyzn stacjonowało przed restauracją i jeden w samochodzie
po drugiej stronie ulicy. Z jakiegoś powodu przygotował się na zasadzkę.
Naprawdę
miałam nadzieję, że Lee Nightingale naprawdę przeżywa okres wzlotów, bo nie
chciałam, by staromodna restauracja, która wyglądała, jakby nie zmieniła się od
wczesnych lat 60 (nie wspominając o jej bywalcach), utknęła w krzyżowym ogniu strzałów
niezależnie od rodzaju ochrony Sala.
-
To nie napawa mnie dobrymi uczuciami – wymamrotał Sal, nie spuszczając wzroku z
machającej kobiety, gdy szliśmy do tylnego stołu, gdzie Benny prowadził,
ciągnąc mnie ze sobą, bo jego dłoń była w mojej, a Sal podążał za nami.
Benny
zatrzymał nas przy stole i oświadczył bez powitania - W naszym rozumieniu
mieliśmy się tu spotkać z Lukiem Starkiem.
-
Spotykacie się - odpowiedział rudowłosy mężczyzna - Lee powiedział, że mnie to
nie dotyczy - Wskazał kciukiem kobietę obok siebie - Ale ona i tak chciała przyjść - Spojrzał na nią - Mówię tylko, będziesz
to cholernie wyjaśniać Lee.
Zmrużyła
na niego oczy i upomniała - Herb, nie mów „cholera”.
-
Kobieto, jestem dorosłym mężczyzną. Powiem „cholera” zawsze, jeśli zechcę
powiedzieć „cholera” – odpalił.
-
To nieokrzesane – odparowała i wyciągnęła rękę w naszą stronę - Prawie nie
znamy tych ludzi.
–
Prawie ich nie znamy? - Herb odparł - W ogóle ich nie znamy.
Następnie
spojrzał na Benny’ego i zapytał - Mówisz „cholera”?
Benny
nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał - Gdzie jest Stark?
Herb
nie odpowiedział. Spojrzał na Sala i zapytał - Mówisz „cholera”?
-
Skończyliśmy – oznajmił Sal.
Cholera.
Chciałam,
żeby to zadziałało. Chciałam, żeby profesjonaliści to wszystko rozwiązali, by
nikt inny nie został ranny i chciałam, żeby to się stało szybko, aby Benny mógł
wrócić do domu, żebym mogła pojechać z nim i moglibyśmy zacząć normalne życie
(lub tak normalne, jak to tylko możliwe).
Dlatego
szybko wyciągnęłam rękę w stronę kobiety - Hej. Jestem Frankie.
Uśmiechnęła
się do mnie, wzięła mnie za rękę i odpowiedziała - Jestem Trish. Mama Roxie.
Znasz Roxie?
-
Nie – odpowiedziałam, ściskając jej dłoń.
Wyglądała
na zdezorientowaną i mruknęła - Myślałam, że znasz Roxie.
Odsunęłam
rękę, gdy Herb stwierdził - Nie wszyscy na tej planecie znają Roxie.
Zwróciła
na niego wzrok – Cóż, Herb, oni znają Lee. Jeśli znają Lee, mogą znać Hanka, a
jeśli znają Hanka, poznają Roxie.
-
Czy powiedziałem, że już z nami skończyliśmy, czy też stałem się chwilowo
niewidzialny? - zapytał Sal.
-
To jest Benny, mój chłopak – szybko powiedziałam Herbowi i Trish - A to jest
Sal, mój, hm… wujek.
-
Cześć! - Trish zawołała z machnięciem, które objęło cały przód jej ciała.
-
Niech ktoś mnie zabije – mruknął Herb.
###
[1]
Prawdopodobnie chodzi o walkę wyborczą między opcjami władzy na Uniwersytecie
Prude - jedna opcja promowała się czernią, a druga czerwienią.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuń