Rozdział
19
Na
dłuższą metę (cz.1)
Ben
był wkurzony i to nie dlatego, że właśnie zadzwonił jego telefon, a na
wyświetlaczu pojawił się numer Sala.
Ponieważ
były jego urodziny, był czwartek po ślubie Cala i Vi, a Frankie miała nie być w
drodze przez cały dzień, przyjechać tego ranka i wyjechać następnego.
Ale
zadzwoniła dzień wcześniej i powiedziała, że ma coś w pracy, od czego nie może
się uwolnić. Oznaczało to, że leci późnym popołudniem, a on zje z nią kolację,
wypieprzy, a potem ona odleci pierwszym porannym lotem. Samolot odlatywał o
6:30, co oznaczało, że musieli wyjechać z domu przed piątą, żeby zdążyć.
Technicznie
rzecz biorąc, byłaby z nim na jego urodziny, więc nie mógł się na nią wkurzyć.
Prawdę
powiedziawszy, najwyraźniej nie wyraził wszystkich swoich oczekiwań, jeśli
chodziło o wyjątkowe dni.
Ale
jej praca była jej pracą, coś dla niej znaczyła i musiał ustąpić.
Tym
razem.
Zastanawiał
się tylko, kiedy, do cholery, nadejdzie czas, kiedy tego nie zrobi. Kochali
się. Powiedzieli to sobie. Pokazali to. Kiedy byli osobno, było w porządku,
trzymali się tak blisko, jak tylko mogli, biorąc pod uwagę dystans, ale nie
było tak dobrze, jak wtedy, gdy byli razem.
Kiedy
byli razem, był to dynamit.
Musiała
chcieć więcej, prawda?
Nie
miał odpowiedzi na to pytanie i był coraz bardziej sfrustrowany faktem, że
Frankie nawet o tym nie wspomniała, co oznaczało, że on będzie musiał to
zrobić, a być może nie spodoba mu się jej odpowiedź.
Pogrążony
w tych myślach, po porannej wizycie na siłowni, wjechał do garażu. Pojechał na
siłownię, kiedy powinien jechać na lotnisko, żeby odebrać Frankie.
Nie,
kiedy powinien był wrócić do domu z lotniska i pieprzyć się na urodziny ze
swoją kobietą w swoim łóżku.
A
Sal dzwonił na jego telefon.
Innymi
słowy, jak dotąd były to cholernie gówniane urodziny.
Chwycił
telefon, odebrał, sięgnął po torbę treningową i otworzył drzwi samochodu.
–
Sal – przywitał się, gdy przyłożył telefon do ucha.
-
Benny, figlio.
Ben
zacisnął zęby, żałując, że Sal nie skończył z tym bzdurnym figlio.
-
Słyszałem, że Violet była piękną panną młodą – ciągnął, gdy Benny wszedł przez
boczne drzwi garażu na swoje podwórko.
–
Tak – zgodził się Ben, nie zamierzając mu mówić, że uważał za fajne, że Gina i
on odrzucili zaproszenie, które wystosowała Violet, wiedząc, że podczas tego
małego spotkania w kurorcie Bianchi mieliby trudności z ich uniknięciem.
To
był miły gest dla Cala i Vi, nie sprawiał im niezręczności, nie wspominając o
szacunku dla jego mamy i taty, którzy nie potrzebowali tego gówna w dniu, w
którym byli wniebowzięci.
-
Mam nadzieję zobaczyć zdjęcia – mruknął Sal.
Ben
nic nie powiedział. Miał w telefonie zdjęcia, około trzech tysięcy, wszystkie
zrobione przez Frankie, której telefon nie zmieścił się w jej maleńkiej
torebce, którą nosiła wyłącznie w celu, aby Ben mógł ją zobaczyć, czyli
trzymania błyszczyka do ust.
Nawet
gdyby miał zdjęcia, nie wysłałby ich Salowi.
Wszedł
tylnymi drzwiami swojego domu i zmienił temat, pytając - Jest inny powód, dla
którego dzwonisz?
-
Niestety tak – odpowiedział Sal.
Nie
przepadał za „niestety”.
Ben
rzucił swoją torbę treningową na stół i podszedł do lodówki po wodę, podpowiadając
- To byłoby…?
-
Popytałem, Benny, kopałem głęboko. Dlatego trwało to tak długo. Wygląda na to,
że pracę, o którą pytałeś, wykonywał talent spoza miasta. Żadnego śladu. Nie
mam nic.
Ben
opuścił głowę, żeby spojrzeć na swoje buty do biegania.
Nie
wiedział, jak przyjąć tę wiadomość.
Z
jednej strony Frankie nie wspomniała już więcej o morderstwie i w jej firmie
wszystko wydawało się status quo.
Z
drugiej strony powiedziała mu, że bezpośrednio spotkała się z kutasem, z którym
pracowała, i coś, co nie stanowiło status quo w stosunku do tego faceta. On to
zainicjował; Frankie tego nie podjęła. Wykonywała tylko swoją pracę, kiedy on
dokonał ataku z zaskoczenia.
Kiedy
jednak powiedziała mu to w niedzielę po ślubie Vi i Cala, zachowała się powściągliwie.
Nigdy
nie widział, żeby Frankie była powściągliwa. Pozwoliła, żeby to wszystko
ucichło. Nawet kiedy go rzuciła, jedynym powodem, dla którego nie znał
odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobiła, był fakt, że ona sama ich nie
znała.
I
z tego powodu nie miał dobrego przeczucia co do powściągliwości Frankie.
-
Ale wiesz, że to było zabójstwo – stwierdził Ben.
-
To było zabójstwo – potwierdził Sal.
-
Po prostu nie wiesz, dlaczego zostało zlecone – ciągnął Benny.
-
Nie, Benny, nie wiem dlaczego – ponownie potwierdził Sal.
Niedobrze.
-
Chcesz, żebym kopał dalej? - Sal zapytał w ciszę, a Ben podniósł głowę, ale
niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w stary kalendarz na ścianie.
-
Co podpowiada ci przeczucie? – zapytał Benny.
–
Z Frankie? - Sal odpowiedział, po czym dopowiedział - Kopię dalej.
Tak
podpowiadało przeczucie Benny’ego.
Kurwa.
-
To kolejny dług? – zapytał.
-
Robota nie została wykonana, Benny – odpowiedział Sal - Więc nie.
Ben
zaczerpnął powietrza przez nos i ruszył w stronę drzwi do przedpokoju, dając
trochę z powodów, co do których nie miał pieprzonego pojęcia dlaczego –
Poproszę Frankie, żeby wysłała ci kilka zdjęć ślubnych.
–
Gina by tego chciała.
Cokolwiek.
-
Muszę iść – powiedział mu Ben.
-
Addio, figlio.
-
Później.
Ben
zakończył rozmowę i pobiegł na górę po schodach, zastanawiając się, czy
powinien najpierw wziąć prysznic, a potem zabrać Gusa na spacer, czy też
wypuścić Gusa z zamknięcia w budzie, zabrać go na spacer, a następnie wziąć
prysznic z Gusem gryzącym na dywaniku w łazience.
Patrzył
na swoje stopy i myślał o swoim szczeniaku – szczeniaku Frankie, szczeniaku, z
którym ona powinna iść na spacer –
kiedy wszedł się do swojej sypialni.
Oznaczało
to, że gwałtownie się zatrzymał i podniósł głowę, gdy usłyszał, jak Frankie powiedziała
- Wszystkiego najlepszego, Benny, z okazji urodzin.
Stał
nieruchomo i patrzył na nią w swoim łóżku, ubraną w śliwkową koszulę nocną ze
środkiem wykonanym z przezroczystego materiału, więc, nawet jeśli leżała na
biodrze, z nogami podwiniętymi obok niej, wciąż mógł zobaczyć cienką, śliwkową
wstążkę koronki jej majtek, która, jak miał nadzieję, prowadziła na plecy do paseczka
stringów.
Jej
włosy były wielką masą loków opadających na ramiona i klatkę piersiową, tak jak
to lubił.
Jej
makijaż był mocny, ale elegancki, taki jak lubił.
Nawet
kilka metrów dalej czuł zapach jej perfum.
Wszystko
to, cała ona, leżąca na jego łóżku i uśmiechająca się do niego tym swoim
uśmiechem, tak jak to lubił.
-
Więc - powiedziała i podniosła się na kolana, co sprawiło, że jego kutas zaczął
twardnieć w sposób, o którym wiedział, że pobije rekord. Stało się tak,
ponieważ widział tylko mały śliwkowy trójkąt zakrywający jej płeć i wstążki
przebiegające przez wybrzuszenie bioder, nie wspominając już o dobrym widoku na
jej kremowe uda, które były lekko rozchylone - Tak mocno skopałeś tyłek moimi
urodzinami, że musiałam wykazać się kreatywnością… - Przechyliła głowę na bok,
a jej włosy poszły wraz z tym ruchem, po czym kontynuowała - I wciskać ci
bzdury.
Sięgnęła
za siebie, zatoczyła ramieniem i trzymała w dłoni dużą plastikową butelkę sosu
czekoladowego.
-
Przyszłam przygotowana – dokończyła, machając butelką w powietrzu obok głowy.
Widząc
ją taką, nagle poczuł, że to będą najlepsze urodziny, jakie kiedykolwiek miał.
Aby
nie zwlekać z dotarciem do tej części, podszedł do końca łóżka, stanął przed
nią i rzucił telefon oraz wodę za Frankie na łóżko.
Kiedy
to zrobił, Frankie położyła mu wolną rękę na piersi i szepnęła - Spocony.
Ben
wyjął jej butelkę z ręki i rzucił nią tak, że wylądowała z innym gównem.
Odchyliła
głowę do tyłu, żeby złapać jego wzrok i zapytała - Nie jesteś głodny?
-
Jak długo możesz zostać? – zapytał, a w jej oczach zabłysło figlarne światło.
-
Do rana.
Niezadowalająco.
Dla
niego i przy tym migotaniu światła, dla niej.
-
Ile koszulek nocnych przywiozłaś?- pociągnął to.
-
Pięć.
To
było coś.
-
Ta jest najlepsza? - ciągnął dalej.
-
Nie wiem – odpowiedziała - Ty będziesz musiał je uszeregować.
Zrobi
to.
Najpierw
jednak musiał lepiej zapoznać się z tą.
Aby
tego dokonać, pochylił się nad nią, ale tylko po to, by podnieść przezroczysty
materiał, znaleźć czubkami palców wstążkę jej majtek i przesunąć ją po biodrze
aż do szczytu pośladka i w dół, aż do natknął się na fragment paseczka, który
zniknął w jej szczelinie.
Stringi.
Jezu.
Frankie.
Wsunęła
dłonie w boki jego koszulki i w górę po jego skórze po bokach żeber, odchyliła
głowę do tyłu i patrzyła mu w oczy, już nie żartobliwe, ale z czymś, co lubił o
wiele cholernie bardziej.
Wsunął
środkowy palec pod paseczek, przeciągnął opuszek pomiędzy jej pośladkami i jej
powieki opadły, usta rozchyliły się, a jego kutas podskoczył.
–
Podoba mi się to, kochanie – wymamrotał.
-
Czy to mówi wszystkiego najlepszego? - zapytała.
-
Tak, kurwa.
-
Rozpakujesz prezent, żeby się nim pobawić?
Jego
palec napotkał wilgoć, co oznaczało, że była gotowa i warknął - Kurwa, tak.
Jej
ręce przesuwały się do tyłu i w dół, zanurzając się w jego spodnie do ćwiczeń i
chwytając jego tyłek, gdy pochylała się do przodu, tak że jej usta muskały
jego.
–
W takim razie baw się, kochanie.
Zdecydowanie.
Te
urodziny miały być cholernie najlepsze.
Pochylił
się głębiej i przesunął czubkiem palca po jej wilgoci w górę, wsuwając go do
środka.
Jej
palce zacisnęły się na jego tyłku i szepnęła - Benny.
Wsunął
go głębiej i zapytał - Co jeszcze zaplanowałaś, Frankie?
-
Cóż - szepnęła, a on wsunął palec głębiej, po czym wyciągnął go i dał jej to
jeszcze raz i jeszcze raz, aż jej ręce przestały ściskać jego tyłek i
przeciągnęły w górę po jego plecach - Mam sos czekoladowy.
–
Widziałem to, kochanie.
–
A pani Zambino ma składniki na tort, który upiekę później.
Pieprzył
ją palcem, patrzył jej w oczy, czuł, jak zaczyna go boleć kutas, patrzył, jak
się podniecała, czuł, jak pokrywała jego palec, gdy mówił - Nie mogę się tego
doczekać.
–
Ma też wszystko na kolację, który ci później zrobię. A deux, tylko ty i ja. Dzwoniłam do Theresy, a ona i Vinnie chętnie
zaczekają, aby świętować z tobą w weekend.
Tylko ty i ja.
Tak.
Skopała
urodzinowy tyłek.
–
Brzmi nieźle – mruknął, kontynuując wsuwanie palca w jej mokre.
-
I oczywiście kupiłam ci prezent – ciągnęła ochryple.
Wbił
głęboko palec, usłyszał jej westchnienie i zauważył - Myślałem, że mój prezent
jest tutaj.
–
Mam dla ciebie jeszcze jeden – szepnęła.
Nie
potrzebował kolejnego. Ale od niej wziąłby to.
–
Co jeszcze, Frankie?
Przesunęła
jedną rękę z jego pleców, przez brzuch i w dół, po twardego kutasa, poruszając
biodrami wraz z jego palcem, gotowa do następnego kroku. Wiedział o tym, kiedy
błagała - Potrzebuję, żebyś mnie przeleciał, Benny.
–
Co jeszcze zaplanowałaś, kochanie?
-
Czego chcesz, kochanie?
–
Będziesz siedziała mi na twarzy i ssała mnie?
Jej
biodra drgnęły, a usta wyszeptały - Tak.
-
Będziesz mnie ujeżdżała nago, bawiąc się swoimi cyckami i łechtaczką?
Dłonią
na kutasie zaczęła masować, gdy powtarzała bez tchu - Tak, Benny.
Wysunął
palec, potarł go mocno po jej łechtaczce i patrzył, jak jej oczy wywracają się
do tyłu, a z gardła wydobywa się jęk.
–
Pozwolisz mi zrobić z tobą wszystko, co chcę?
-
Tak, Ben.
-
Więc odwróć się, klęknij twarzą do materaca, tyłek w górze i daj mi tę cipkę –
rozkazał.
Zrobiła
natychmiast, jak jej kazał, z kolanami opartymi o krawędź łóżka, głową w dół,
tyłkiem do góry, pokazaniem mu wszystkiego, co było nią i nieskazitelną skórą pośladków
w stringach, przez co prawie doszedł w spodnie.
Nie
zrobił tego.
Ściągnął
stringi w dół jej ud, wyciągając jednocześnie kutasa, ustawił go i wbił go w
nią.
Jej
głowa odskoczyła do tyłu, a jej ciemne, lśniące włosy rozwiały się na wszystkie
strony. Wyciągnął rękę, chwycił je i pociągnął mocno.
–
Tak – powiedziała z urywanym jękiem.
-
Czego chcesz? – zapytał, wjeżdżając głęboko i robiąc to mocno.
-
Pieprz mnie, Benny.
-
Mocno?
-
Tak.
Wjechał,
został i zagłębił się do korzenia.
-
Moje maleństwo chce, żeby było ostro? - pchnął.
-
Proszę – błagała.
Pociągnął
ją za włosy.
Jej
cipka drgała wokół jego kutasa, a jej biodra zaczęły poruszać się przeciwnie do
jego bioder, więc uderzyła tą słodką, ciasną, śliską cipką w jego penisa.
Pieprzona
ekstaza.
Puścił
jej włosy, ale pochylił się nad nią bardziej, by owinąć palce wokół jej ramienia
i nawet gdy się cofała, wepchnął ją w siebie, drugą ręką uderzył ją w udo,
przez co podskoczyła.
-
Szybciej, kochanie – rozkazał grubym głosem, a jego kutas był gotowy
eksplodować.
Pieprzył
ją mocno, tak jak ona szybko się pieprzyła.
–
Szybciej – powtórzył, uderzając ją ponownie w udo. Jej głowa odskoczyła do
tyłu, ciało odskoczyło do tyłu i usłyszał jej krzyk, gdy poczuł, jak obejmowała
jego penisa.
Sprowadził
ją biodrami i rękoma do łóżka, wchodząc na nie na kolanach, ciągle brał jej
cipkę, a niedługo potem, zaciskając dłonie na jej biodrach, jego głowa cofnęła
się z chrząknięciem, gdy wbił się głęboko i strzelił głębiej.
Ledwo
trochę odetchnął, kiedy się wyciągnął, przewrócił ją na plecy i upadł do przodu
między jej nogami, przenosząc część swojego ciężaru na jej miękkie ciało, a część
opierając na swoim przedramieniu.
Wciąż
oddychając ciężko, czując, jak jej klatka piersiowa unosiła się i opadała wraz
z jej własnym oddechem, podniósł rękę i przesunął kciukiem po jej dolnej
wardze, po czym podniósł wzrok na nią i szepnął - Muszę to przebić.
-
C-co? – wyjąkała.
-
To co zrobię na twoje urodziny w przyszłym roku. Spędziłem tygodnie na
planowaniu, bieganiu i robieniu gówna, a w dwadzieścia minut skopałaś temu
tyłek.
Jej
oczy zrobiły się ciepłe. Przycisnęła uda do jego boków i otoczyła go ramionami,
a wszystko, co tym mówiła mu to to, że to właśnie chciała mu dać, i wszystko w
Bennym jej się podobało.
-
Kocham cię, Ben – szepnęła.
To
podobało mu się bardziej.
Pochylił
się, dotknął ustami jej ust, uniósł się i odszepnął - Ja też cię kocham, cara.
-
Wszystkiego najlepszego – powiedziała cicho, tonem, który to oznaczał.
-
Dziękuję, kochanie – odpowiedział cicho tym samym tonem.
Potem
ją pocałował.
Potem
oboje się ubrali, aby móc wypuścić Gusa z uwięzienia w kojcu i zabrać
szczeniaka na spacer.
*****
Ben
wszedł do kuchni i zobaczył Frankie w swojej koszulce stojącą przy blacie z
różnego rodzaju gównem mówiącym „tort urodzinowy” otaczającym miskę przed nią.
Gus
siedział przy misce z jedzeniem, z pyskiem w nim utkwionym. Nawet skupiając
uwagę na jedzeniu, wyczuł wchodzącego Benny’ego i zaczął machać ogonem, nawet
jeśli jego pyszczek nie wychodził z miski.
Wyprowadzili
Gusa, wrócili, zjadł ją na kanapie, a potem tam ją przeleciał. Wzięli prysznic,
potem się ubrał i poszedł do pani Zambino po rzeczy Frankie, a ona nakarmiła
Gusa. Zrobił to, bo nie chciał, żeby wychodziła z domu. Chciał, żeby była ubrana
tylko w jedną z jej koszulek nocnych lub jedną z jego koszulek, a że to były
jego urodziny, więc Frankie dała mu to, czego chciał.
Zbliżając
się do niej, Benny zdecydował, że chce czegoś więcej, więc wziął to,
przesuwając rękę z jej biodra, dookoła, w dół i do środka. Pod koszulkę, skórą po
skórze, przesunął ją w górę jej brzucha, do żeber i objął jej pierś.
Odchyliła
się do tyłu i przycisnęła głowę do jego szczęki, mówiąc - Chociaż wyzwanie
zostało rzucone i myślę, że potrafię to polepszyć, nie jestem pewna, jak będzie
smakować twój tort, jeśli będziesz bawił się ze mną, jak je będę robiła.
-
To gówno, mamy sos czekoladowy – odpowiedział i usłyszał jej cichy śmiech.
Uwielbiał
ten śmiech. Kochał ją, gdy siedziała na jego koszulce w kuchni i przygotowywała
tort urodzinowy. Uwielbiał ją, gdy w jego kuchni robiła cokolwiek.
Po
prostu kochał Francescę Concetti.
Odwróciła
głowę i przechyliła ją do tyłu, aż dostrzegła jego wzrok, ale jej wzrok nie był
przepełniony humorem.
Był
przepełniony zmartwieniem.
Co,
do kurwy?
-
Wiem, że byłeś zdenerwowany, kiedy powiedziałam, że nie mogę przyjechać. Ale
zrobiłeś mi dobrą niespodziankę. Też chciałam ci taką dać. Szkoda, że cię
zdenerwowało, ale…
To
było popieprzone. Martwiła się, że go zdenerwowała.
Uciszył
ją, opuszczając głowę i muskając wargami jej usta, po czym odsunął się i
szepnął, ściskając jej cycek - Kochanie, czy ja narzekam?
Zacisnęła
usta i pokręciła głową.
-
Kocham moich bliskich, uwielbiam spędzać z nimi czas, ale ty w tej koszulce
nocnej, czekająca na mnie mokra w moim łóżku, było najlepszą niespodzianką,
jaką mogłaś mi sprawić.
-
Dobrze – powiedziała cicho, po czym dodała - Chciałam zostać na weekend, ale
jutro jest spotkanie przy lunchu, którego nie mogę przegapić. Mogę jednak
podjechać po pracy, żeby móc być na rodzinnej uroczystości w sobotni wieczór.
Uśmiechnął
się do niej - Wezmę to.
Odwzajemniła
uśmiech i odwróciła się do miski. Ben zdjął rękę z jej piersi, dotknął drugiej
i owinął oba ramiona wokół jej brzucha pod swoją koszulką.
–
Jak się dostałaś tu z lotniska? – zapytał.
-
Pani Zambino mnie odebrała – odpowiedziała – Ale umówiłam sobie poranny odbiór busem
na lotnisko, więc nie musisz wstawać bezbożnie wcześnie, żeby mnie zawieźć.
-
Odwołaj to.
Wykręciła
kark, żeby na niego spojrzeć - Ben, muszę stąd wyjechać o 4:30.
–
Anuluj to, Frankie.
Przytrzymała
jego spojrzenie przez chwilę, zobaczyła w nich, że nie ma sensu przedłużać
dyskusji, skinęła głową i ponownie spojrzała na to, co robiła.
–
Jutro prawdopodobnie powinienem tam zaciągnąć swój tyłek i sprawdzić, czy pani
Zambino nie potrzebuje czegoś do zrobienia w swoim domu. Odpłata za to, że ci
pomogła.
-
Byłoby fajnie – stwierdziła, odmierzając mąkę.
–
Chociaż prawdopodobnie nie potrzebuje, biorąc pod uwagę, że nie waha się
przyciągnąć tu swojego tyłka i poprosić mnie, żebym coś naprawił, kiedy tego potrzebuje.
Znów
wykręciła szyję i spojrzała na niego - Robi to?
-
Tak.
-
I to robisz?
Jego
brwi zbiegły się w odpowiedzi na pytanie, które uznał za głupie.
-
Oczywiście.
Jej
twarz złagodniała i szepnęła - Czysty Benny.
–
Po prostu jestem dobrym sąsiadem – zauważył.
-
Po prostu jesteś dobrym facetem – odpowiedziała, a jej słowa i wyraz jej oczu,
który był po części zachwytem nad cudem, jakby nie do końca mogła uwierzyć, że
jest prawdziwy, po części był dumą i mnóstwem miłości, sprawiły, że jego
ramiona mimowolne ją ścisnęły.
–
Podoba mi się, kiedy tak na mnie patrzysz – mruknął.
-
Przyzwyczaj się – odpowiedziała.
Kurwa.
Frankie.
-
Kocham cię, kochanie – szepnął.
-
Też cię kocham, Benny – powiedziała cicho.
Chciał,
żeby ta chwila trwała wiecznie. Chciał więcej, by skończyła z tortem, żeby
mogła dać mu kolejną koszulę nocną. Ale nie skończyła jeszcze z tortem, chciała
mu to dać, zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby to zaplanować, więc musiał
pozwolić jej to dać.
Wyciągnął
ich więc z tej chwili, pytając - Jaki tort mi pieczesz?
–
Czekoladowy z wiśniami maraschino – odpowiedziała, a jego broda drgnęła.
Jego
ulubiony, bez porównania.
I
nikt mu tego nie robił, tylko jego matka.
-
Mama dała ci ten przepis?
-
Tak.
To
nie było zaskoczenie, to był szok. Theresa Bianchi była jak jej mąż (i jeszcze
trochę), jeśli chodziło o gotowanie. Jej sekretne rodzinne przepisy należały do
niej. Zrobiła je dla restauracji, ale nie dzieliła się z nikim, nawet rodziną,
jak je zrobić.
Więc
wymamrotał - O kurczę.
–
Wiem – odwróciła się z powrotem do blatu - Od razu się poddała, bez żebrania,
bez przekupstwa, bez żadnych odpłat. Przeraziło mnie to.
Benny’emu
spodobało się to, co to mówiło.
Wiele
lat temu Connie poprosiła o ten sam przepis, a jego mama nie zrezygnowała.
Connie rozczarowało, że nie mogła dać mu bezpośrednio od niej na urodziny tego,
co lubił, a nie od jego mamy. Ale Connie należała do kobiet, które nie
podejmują walki. Ukryła swoje rozczarowanie i nigdy więcej nie poprosiła.
Frankie
o to poprosiła, a jego mama od razu to podała.
–
Ona cię kocha – zauważył cicho Ben.
Widział
uśmiech na jej profilu - Tak.
-
Ona kocha cię dla mnie.
Jej
uśmiech pozostał na swoim miejscu, ale twarz znów złagodniała - Tak.
Pochylił
głowę, brodą odgarnął masę włosów z jej karku i pocałował ją w tym miejscu.
Podnosząc
usta do jej ucha, powiedział - Robisz tort czekoladowy z wiśniami maraschino,
chcę, żeby był dobry, więc pobawię się z tobą, gdy już skończysz.
Odwróciła
głowę i pochwyciła jego wzrok, mówiąc - Umowa.
Pochylił
się, dotknął ustami jej ust i wchłonął to uczucie, zanim ją puścił.
-
Odłożyłaś zakupy spożywcze? – zapytał, skanując podłogę w poszukiwaniu Gusa,
ale go nie znajdując, więc podszedł do drzwi, żeby spojrzeć w korytarz. I tam
był, ciągnąc przez hol za sznurówkę jeden z butów do biegania Bena.
-
Tak, po prostu zrelaksuj się. Dzisiaj ja wykonuję całą pracę.
Nie
była to do końca prawda, ale pozwalała mu wykonywać tylko tę pracę, którą
lubił.
###
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń