czwartek, 5 października 2023

17 - Pełna życia (cz.1)

 Z pozdrowieniami dla Justyny:

Rozdział 17

Pełna życia (cz.1)

 

 

 

Ben zatrzasnął drzwi swojego pickupa i podszedł do biurowego kontenera oddalonego od hałasu i ruchu placu budowy.

Wszedł po dwóch stopniach, dwukrotnie uderzył pięścią w drzwi i usłyszał wołanie kobiety - Wejść!

Wszedł do środka i zobaczył wąską przestrzeń, która była zaskakująco uporządkowana. Plany przyklejone do ścian. Szafy na dokumenty. Tablica kreślarska. Biurko z komputerem i telefonem zawalone papierami, a za nim bardzo ładna, ciemnowłosa kobieta ubrana w ciemnoniebieską koszulkę polo z białym napisem McCandless Construction wyszytym nad sercem.

Uniosła głowę, a na jej atrakcyjnej twarzy pojawił się wyraz, który nie był niechętny, ale był rozproszony.

Dopóki go nie zauważyła.

Wtedy Catarina Concetti Lugar oświadczyła - Nie robimy tego.

Niezbyt dobry początek.

Benny zignorował to i wszedł dalej do biura, decydując się spróbować naprowadzić ich na właściwą drogę, mimo że nie żywił wielkich nadziei, że mu się to uda, i zrobił to poprzez powitanie - Hej, Cat.

Nie przywitała się z nim. Rozkazała – Ben, jestem w pracy. Po prostu idź.

Potrząsnął głową i powiedział jej – Twoja siostra martwi się o ciebie. Jutro są jej urodziny. Przyjedzie dziś wieczorem, dzwoniłem, nie oddzwaniałaś, więc pomyślałem, że przedstawię zaproszenie twarzą w twarz. Chciałbym, żebyś jutro wieczorem przyszła z Artem do pizzerii na przyjęcie urodzinowe Frankie. Co więcej, Frankie byłaby szczęśliwa, żebyście tam byli.

- Ignorowałam wasze telefony, bo ani ja, ani Art nie zbliżymy się do tej pizzerii - odparowała.

A teraz było coraz gorzej.

- Zechcesz mi to wyjaśnić? - poprosił.

- Niezupełnie – odmówiła.

– Tak czy inaczej, zrób to – rozkazał, nie spuszczając z niej wzroku.

Wpatrywała się w niego, zanim wyjrzała przez okno, wypuściła zirytowany oddech i znów spojrzała na niego - Moja siostra została postrzelona – ogłosiła.

– Wiem. To ja niosłem ją przez las po tym, co się wydarzyło.

- Tak, wiem. Frankie w gównie kolejnego Bianchi – odpaliła.

Ben poczuł, jak zaczyna go swędzieć skóra, wkurzony, że inny Concetti wywołał to gówno. Jednocześnie zastanawiał się, czemu, do cholery, nie mogli wyjąć głów z tyłków i zobaczyć, dlaczego ich siostra chciałaby być częścią dobrej, przyzwoitej, kochającej rodziny. Chociaż nie była typem kobiety, która chciała to osiągnąć, biorąc pod uwagę sposób, w jaki myślała, że to robi. Powinni ją znać lepiej.

Z drugiej strony, skoro trzymali głowy w tyłkach, a kiedy tego nie robili, byli skupieni wyłącznie na sobie, nie powinien być zaskoczony.

Kiedy odzyskał kontrolę i zaczął mówić, musiał zmusić usta do ruchu, ale robiąc to, nie krzyczał.

– Nie mam ochoty ci nic wyjaśniać, biorąc pod uwagę, że twoja siostra leżała w szpitalnym łóżku przez półtora tygodnia, a ty nawet nie zadzwoniłaś. Potem wracała do zdrowia u mnie w domu, a ty nie przyszłaś. Ale Francesca martwi się o ciebie. Są jej urodziny. Chcę, żeby przestała się martwić i miała to, co dla niej ważne, w tym wyjątkowym dniu. Nie jestem pewien, czy zgadzam się z tym, co jest dla niej ważne, biorąc pod uwagę, że większość z was, Concettich, traktuje ją jak gówno, ale po to tu jestem.

Jej twarz zaczęła się czerwienić, mimo że w jej spojrzeniu utworzył się lód, gdy mówił, a gdy skończył, nie zawahała się odpowiedzieć.

– Concetti traktują ją jak gówno? - zapytała - A co z Bianchi?

– Gdybyś porozmawiała ze swoją siostrą, wiedziałabyś, że to koniec i wszyscy ruszyliśmy dalej.

- Tak, jesteś tutaj i krążą słuchy, że ona jest w twoim łóżku. Wiem, jak ty ruszyłeś dalej.

- Znasz mnie od kilkudziesięciu lat, Cat. Szczerze, myślisz, że upadnę wystarczająco nisko, aby wystawić ją na pole bitwy? - warknął Ben.

Spojrzała na niego gniewnie, nie jak Nat, ale jak Frankie, z tą różnicą, że była o wiele mniej urocza, bo jej nie kochał, a co więcej, nigdy jej tak naprawdę nie lubił.

- Wiesz - zaczęła - jak chłopak twojej starszej siostry zostaje zabity w wojnie mafijnej, potem ona zostaje postrzelona, a potem staje się tak, że brat jej zmarłego chłopaka wtrąca się w jej gówno, a potem jest już tak, że się zeszli, dziewczyna musi podjąć decyzję. Albo nadal daje się wciągnąć w ten absurdalny dramat, który nie jest do końca zdrowy, albo odcina się i próbuje prowadzić godne życie. Dużo o tym rozmawialiśmy z Artem. On jest blisko z rodzicami i braćmi. Nie rozumiał, dlaczego chciałam zerwać kontakty. Dopóki Frankie nie została postrzelona i ty byłeś w to zamieszany. Frankie związała się z innym Bianchi. Potem to zrozumiał. Totalnie popieprzone. Całkowicie niezdrowe.

Podniosła wyrzuciła do góry i nie zamknęła się, ujadała dalej.

- Art i ja przeszliśmy terapię małżeńską, więc przestaliśmy się kłócić przez cały cholerny czas. Art i ja dowiedzieliśmy się podczas terapii małżeńskiej, że dobrym pomysłem byłoby nie pić tak cholernie dużo. Art i ja rzuciliśmy alkohol i teraz Art i ja jesteśmy w dobrym miejscu, więc staramy się o dziecko. Dobrze nam się układa, trwa to jakiś czas. Nie chcemy, żeby coś to spieprzyło. Co więcej, jak sprowadzimy na ten świat dziecko, nie chcemy, żeby było wplątane w popierdolone gówno.

Benny nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Rzuciliście alkohol? - zapytał.

- Tak. Jesteśmy trzeźwi od prawie roku.

– Gratulacje, Cat – wymamrotał.

- Tak, zorganizuj w tym celu przyjęcie – odpowiedziała.

- Cat…

Pokręciła głową i wyciągnęła do niego rękę, dłonią w jego stronę - Nie. Moja siostra została postrzelona. Wcześniej jej chłopak był w mafii. Teraz, po latach obserwowania Bianchich, jakby miała już błagać, żebyś ją adoptował, chodziła od jednego do drugiego, żeby ją przyjąć.

- Ona nie to robiła – powiedział Ben napiętym głosem.

- Nie? – zapytała i łatwo było odczytać sarkazm - Jest cudowna. Wiem to. Jest słodka. Jest zabawna. Rozumiem, dlaczego chcesz mieć choć trochę tego. Całkowicie. Kocham ją do szaleństwa, to moja starsza siostra. Jedyna, którą obchodziło mojecałeżycie. Dopóki nie spotkałam Arta. Ale ona jest popieprzona, Benny. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu się obudziłam i zrozumiałam, że muszę wydostać się z szaleństwa, którym wciągała mnie w dół moja rodzina. Kocham ją. Wiem, że nie wierzysz w to, jak na mnie patrzysz, ale kocham ją. To nie znaczy, że jest dla mnie dobra. To była trudna decyzja do podjęcia, ale muszę na siebie uważać. I możesz to potraktować jako moją dobrą robotę: musisz wydostać się z gówna, zanim ono cię przeżuje i wypluje, tak jak Ninette przeżuwa każdego mężczyznę, który choćby na nią spojrzy.

- Twoja siostra nie jest Ninette – warknął Ben.

- Kto mieszka z jednym bratem, a potem związuje się z drugim? - odparła, kręcąc głową - Nikt tak nie robi.

- Vinnie zmarł siedem lat temu.

– Nadal był twoim bratem.

– Przestał być moim bratem, kiedy dołączył do mafii.

W tym momencie zamknęła usta.

Tak.

Zrozumiała go.

- Życie jest do bani, Cat, dla wszystkich, nie tylko dla ciebie - powiedział jej coś, co powinna wiedzieć - Gówno się zdarza, a ty podejmujesz decyzje, które mogą sprawić, że będzie jeszcze bardziej do bani. Z tego, co mówisz, widzę, że przyjrzałaś się swojemu życiu i zdecydowałaś się wprowadzić dobre zmiany. Ale to, co robisz, zatrzaskując drzwi przed Frankie, oznacza, że nie zobaczysz, że ona robi to samo. Wprowadza dobre zmiany w swoim życiu. I nie pytałaś, ale to, co zrobiła, kiedy została postrzelona, było szalone. Szalenie głupie i szalenie odważne. Pomogła uratować życie kobiety. Jesteś niespełna rozumu, jeśli odwracasz się plecami do kobiety, która przyjęła kulę, żeby zrobić coś takiego. Ale wiem też, że to walnięte, bo ona cię wspierała przez całe życie. Brała cię taką, jaką przychodziłaś, nie oceniała, gdy byłaś trzy kroki od bycia pełnoprawną pijaczką, a w połowie przypadków podłą i nigdy tobie nie zamknęła drzwi przed nosem.

Po jej wyrazie twarzy poznał, że tym właśnie zdobył punkt, ale mimo to cofnął się o krok, potrząsając głową i podnosząc, a następnie opuszczając ręce.

- To twoja decyzja; to twoje życie. Przyszedłem, więc wymieniliśmy słowa. Odchodzę, kontynuuj swoje życie. Cieszę się z twojego powodu. Próbujesz zrobić coś dobrego dla rodziny, którą chcesz zbudować. Ale to nie znaczy, że to, co mówisz, nie jest kompletną bzdurą. Rzecz w tym, że siedzisz tu i nic nie wiesz. Oceniasz decyzje, które Francesca podjęła w swoim życiu, siedząc tu i wiedząc, że pozwoliłaś swojej rannej siostrze leżeć w szpitalnym łóżku, nie pokazując się tam i nie okazując jej odrobiny miłości. A mimo to, co jej zrobiłaś, Frankie dzwoni do ciebie, bo się o ciebie martwi. Co to o niej mówi, Cat? Co więcej, możesz to przyjąć jako moją odpowiedź: co to o tobie mówi?

Wiedział, że zdobył kolejny punkt, kiedy kolor zniknął z jej twarzy i zbladła.

On też miał to w dupie. Skończył.

– Kolacja jest o siódmej – wycedził - Jak tam będziesz, będziesz mile widziana. Nie będziesz, nie jesteśmy spokrewnieni, więc nie muszę znosić twojego gówna. Jeśli się nie pojawisz, Frankie nie zerwie więzi. Ale skoro jestem w niej zakochany i pewnego dnia ona będzie matką moich dzieci, będziesz musiała się napracować ze mną, żebym cię wpuścił do naszych drzwi, bo, szczerze mówiąc, Cat, nie potrzebuję mojej kobiety lub dzieci w pobliżu tak popieprzonego gówna.

Zostawił ją z tym, odwrócił się i wyszedł, decydując, że nie będzie mówił o tej wizycie Frankiem. Jeśli Cat i Art pojawili by się następnego wieczoru, on zyskałby jej wdzięczność, że zrobił wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać jej siostrę. Jeśli nie, nie musiała o tym wiedzieć.

A poza tym nie musiał dawać Cat więcej przestrzeni, biorąc pod uwagę, że choć ta wizyta nie była zabawna, następna, którą miał zamiar złożyć, wiedział, że będzie o wiele gorsza.

*****

Ben rozejrzał się po ogromnym hallu, przez który go prowadziła Gina, myśląc, że od jego ostatniej wizyty kazała wyremontować cały ten pieprzony dom.

Skoro stracił rachubę, kiedy to było, nie powinien być zaskoczony. To było ponad osiem lat. Raczej bliżej piętnaście.

Miała teraz marmurową podłogę. Akry.

Biznes mafijny musi iść dobrze. Nigdy nie byłby w stanie dać Frankie akrów marmurowych podłóg. Szczerze powiedziawszy, nigdy by ich nie chciała, a jeśli tak, on będzie pracować, aby je zdobyć.

- To naprawdę miłe, że pokazałeś, Benny – mruknęła Gina, a on na nią spojrzał.

Utrzymywała pewną wagę, niezbyt dużą, ale nie miała już smukłej, zbudowanej sylwetki, którą miała kilkadziesiąt lat temu. To nie znaczyło, że nie była dobrze ubrana, bo była. Zawsze dobrze się ubierała. Nieco przesadzała z biżuterią i jaskrawymi kolorami, ale nie była stereotypową żoną mafii, jaką widziałeś w filmach.

Ale była już w średnim wieku i na jej twarzy nie było żadnych zmarszczek, które mógłby zobaczyć. I przefarbowała włosy, żeby nie było ani jednego siwego.

Dbała o siebie. Z drugiej strony, mogła. Miała pieniądze i miała czas.

Nie miałoby to znaczenia, gdyby tak nie było, bo Sal był oddany swojej żonie. Zafascynowany nią. W dawnych czasach, kiedy byli w pobliżu, nie było okazji, w której nie byłby czuły i nie patrzył na nią tak, jakby każdego ranka inicjowała świat.

Co nie znaczyło, że nie pieprzył na boku. Robił to. Zawsze. Nawet teraz. Wieść o tym rozeszła się po rodzinie, niezależnie od tego, czy nie chciałeś słuchać tych bzdur i Ben wiedział, że Sal miał na boku dwie kobiety, obie utrzymywane, obie o trzydzieści lat młodsze od Giny.

Gina prawdopodobnie też wiedziała i trzymała buzię na kłódkę. Taka była przypadłość mężczyzn takich jak Sal i kobiety, które z nimi współżyły, musiały to znosić. To był jego sposób na pokazanie, jak duże są jego jaja i że nadal działają.

Było to równie walnięte, jak wszystko inne, co robił Sal.

– Ciebie też miło widzieć, Gina – wymamrotał, żeby być miłym, nawet jeśli nie miał tego na myśli. Lubił ją, ale to nie znaczyło, że nie przywoływała złych wspomnień.

Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na niego przez ramię, a on wiedział, że ona wiedziała, że kłamał, sądząc po smutnym wyrazie jej oczu.

Jej mąż pieprzył się z nią i zarabiał na życie naprawdę popieprzonymi rzeczami, co oznaczało, że każdego dnia wszystko mogło się wydarzyć i że „wszystko” mogło obejmować jego uwięzienie lub zamordowanie. Kiedy prowadziło się takie życie, ważna była rodzina, a nie taka, w której wszystkim groziło to samo.

Nie mógł powiedzieć, że jej nie czuł. Była dobrą kobietą. Ale nie mógł jej pomóc, zagryzając kulę i dając jej dużą rodzinę, która sprawi, że całe gówno w jej życiu będzie mniej gówniane. Dokonała wyboru.

Znowu spojrzała przed siebie i poprowadziła go na patio z basenem, altaną i domkiem przy basenie. Była tam wielka, ostentacyjna fontanna tryskająca wodą w głębokiej części basenu. Wszędzie stały donice wypełnione kwitnącymi kwiatami i zielenią. Wyglądało, jakby znajdowało się w kurorcie, a nie na zamożnych przedmieściach Chicago, gdzie zdecydowanie ludzie woleliby, żeby szef lokalnej mafii nie kupił tam domu, ale nikt nie powiedział ni chuja w obawie, że następnego dnia nie znaleźć w łóżku końskiej głowy[1].

I jakby był w swoim prywatnym kurorcie, gdzie był, Sal Giglia siedział przy stole z mrożonym napojem przed sobą, z tabletem i telefonem przy uchu.

On także był przystojnym mężczyzną, dużym mężczyzną, wysokim i szerokim. Kiedyś był dobrze zbudowany, ale teraz miał brzuszek. Jego ciemne włosy posrebrzyły się i tak zostawił, ale zaczesał je do tyłu, nawet jeśli robił to, siedząc na patio. Ubierał się dobrze – markowe koszulki polo, ładne spodnie, włoskie mokasyny szyte na zamówienie. Wyglądał jak Tony Soprano, miał więcej włosów, klasyczne rysy twarzy i dodatkowe piętnaście lat.

Kiedy tam wyszli, wzrok Sala powędrował do Giny i Benny’ego. Następnie powiedział coś do swojego telefonu, zakończył połączenie, rzucił komórkę na stół i wstał, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Ben poczuł mrowienie w gardle i zwalczył chęć zawiązania dłoni w pięści lub, co byłoby lepszą opcją, odwrócenia się i odejścia.

- Benny, figlio – zawołał Sal, gdy szli do niego ścieżką wyłożoną drogą kostką granitową.

Figlio.

Dupek.

- Urodziny Frankie, mam rację? – zapytał Sal z błyszczącymi oczami, źle rozumiejąc sytuację i myśląc, że zejście się Bena z szalenie piękną Francescą Concetti oznacza, że albo myśli kutasem, albo jest za niego prowadzony.

- Niezupełnie – odpowiedział Ben, jego wzrok powędrował do Giny, a potem z powrotem do Sala, aby podkreślić, że tego, co miał do powiedzenia, nie powinna słyszeć Gina, więc nie powinno być jej w pobliżu.

Szeroki uśmiech Sal przygasł, ale tylko nieznacznie, gdy chwycił kobietę za rękę, przyciągnął ją bliżej, pocałował ją w policzek i odchylił się, by zapytać - Przynieś Benny’emu drinka, dobrze, cara?

- Oczywiście – odpowiedziała, uśmiechając się do męża, po czym skierowała ten uśmiech do Bena. – Co mogę ci podać, Benny?

Potrząsnął głową, szukając słów, które usunęłyby żądło z tego, co miał przekazać – Dziękuję, ale nie mam czasu na drinka, Gina. Frankie przyjeżdża dziś wieczorem. Po rozmowie z Salem muszę załatwić jeszcze kilka spraw, więc nie mogę zostać.

Skinęła głową ze zrozumieniem, próbując ukryć rozczarowanie, co niestety nie wyszło. Posłała kolejny uśmiech do męża i odeszła.

Sal wyciągnął rękę, zapraszając - Usiądź.

Ben nie chciał siedzieć. Nie chciał oddychać powietrzem Sala.

Nie miał wyboru.

Usiadł więc, zdjął okulary przeciwsłoneczne z włosów, nałożył je na oczy, aby ochronić się przed słońcem i skierował swój wzrok na Sala.

- Ostatnie miejsce, w którym chcę być – powiedział cicho.

Na te słowa Sal zacisnął usta – Nie mów mi, że moja Gina wpuściła cię do naszego domu, żebyś siedział na moim cholernym patio i zachowywał się jak dupek.

- Ostatnie miejsce, w którym chcę być, ale jestem tutaj, bo potrzebuję, żebyś coś zrobił dla Frankie.

Sal nagle znieruchomiał.

Słuchał.

Uważnie.

A Ben nie rozumiał, dlaczego Sal i Gina wbili swoje pazury we Frankie przed i po śmierci Vinniego. Sal mógł się w niej zakochać, bo on sam to zrobił. I ci ludzie rozumieli lojalność. Ale nie taką zdrowego rodzaju, jaką, jak się wydawało, dali Frankie.

Mieli dwie córki.

To nie miało sensu.

Ale nie był tam po to, by to zrozumieć. Był tam po coś, żeby zrobić coś, o czym miesiące temu powiedziałby, że, zanim to zrobi, wpakowałby sobie kulkę w mózg.

Ale tam był.

- Właściwie dwie rzeczy – kontynuował Ben.

– Powiesz mi, czym one są? - zapytał Sal.

- Tak – odpowiedział Ben – Po pierwsze, jutro wieczorem w pizzerii urządzamy imprezę urodzinową dla Frankie.

Sal uniósł brwi.

– Ty i Gina nie jesteście zaproszeni.

Sal zmarszczył brwi i skrzywił się.

- To nie jest brak szacunku – powiedział cicho Ben i to była prawda – Możesz to tak czuć, ale chodzi o mnie, że szanuję moją rodzinę i to, że chcę dać dobry wieczór mojej kobiecie. Mama i tata nie chcieliby, żebyś tam był, Frankie chciałaby, żeby wszyscy dobrze się bawili, a jak będzie wiedziała, że tak nie jest, byłoby to dla niej chujowe. Po trzecie, byłoby to niezręczne, a nie chcę tego dla Frankie w jej urodziny. Ale Frankie będzie chciała się z wami spotkać, więc zrobiłem rezerwację w Crickets na jutrzejszy brunch z szampanem – powiedział mu Ben i zakończył – Mnie tam nie będzie.

Sal powoli skinął głową. – A druga rzecz?

– Facet w pracy Frankie został zabity.

Sal ponownie uniósł brwi, ale Ben nie przeoczył tego, że jego ciało również się napięło.

Przygotowanie. Podobnie jak Benny wiedział, że Frankie przyciągała dramaty.

– Zabity? - zapytał Sal.

- Profesjonalne zabójstwo, jeden strzał w głowę w jego domu. Nic nie zostało skradzione. Nic nawet nie poruszone. Facet przyszedł, zrobił to i wyszedł. Zabity był lekarzem, który pracował nad opracowaniem leków dla jej firmy. Policja nie ma podejrzanych. Cal ma przyjaciela, który jest policjantem w Brownsburgu i pytał. Policja metropolitalna Indianapolis nie ma pojęcia, dlaczego ten facet został postrzelony. Nic w jego życiu nie prowadzi do takiego odwetu. Przerabiali wszystko wielokrotnie. Ma żonę, dwójkę dzieci na studiach, ładny dom. Żadnego hazardu. Żadnego używania narkotyków. Nie był wielkim pijakiem. Dzieciaki nie popieprzone. Z żoną wszystko w porządku. Grał w golfa. Należał do klubu. Żadnego gówna w jego przeszłości. Żadnych podejrzanych przyjaciół. Ani jednej pieprzonej rzeczy.

– I mówisz mi to, bo…? – podpowiedział Sal.

- Mówię ci to, bo Frankie powiedziała mi po tym, jak facet to dostał, że ona dziwnie się z tym czuje i dziwnie się czuje, jeśli chodzi o szefa tego faceta.

– Kurwa – mruknął Sal.

- Tak – zgodził się Benny, wiedząc, że Sal znów go zrozumiał - Jej dziwne uczucie może umrzeć albo rozkwitnąć, a Frankie jest Frankie i chcę to zdusić w zarodku, zanim rozkwitnie.

- Powiedz jej, żeby się w to nie mieszała – poradził Sal.

- Przepraszam, myślałem, że znasz Francescę Concetti – odpowiedział Benny, a Sal się uśmiechnął.

- Nierozważna - mruknął – I zawzięta.

- I uparta, i szalona – dodał Benny, a uśmiech Sala pogłębił się, bo to najwyraźniej było cechą, którą Sal podziwiał. Niepokojące było to, że Ben też to robił - Powiedziałem jej, że musi trzymać się z daleka. Obiecała mi, że to zrobi i po prostu wykona swoją pracę. O ile wiem, robi to.

– A jesteś tu, bo chcesz, żebym przeprowadził pewne dochodzenie, dowiedział się, kto i dlaczego uderzył tego gościa.

Dlatego tam był.

Prosząc o przysługę Sal.

Kurwa.

- Dlatego tu jestem – potwierdził Ben.

- Uznaj to za zrobione – odpowiedział Sal.

Kurwa.

- Daję, biorę – kontynuował Sal, biorąc ledwie oddech, zanim wezwał o odpłatę.

Kurewska kurwa.

Ben patrzył na niego przez okulary przeciwsłoneczne i nic nie mówił.

Sal to zrobił.

– Kiedy wy dwoje się pobierzecie, Gina i ja będziemy zaproszeni.

Plecy Bena wyprostowały się i pochylił się w stronę Sala, zaczynając od - Sal…

Sal potrząsnął głową, podniósł rękę i ją opuścił - Nie przyjęcie. Będziemy siedzieć z tyłu kościoła. Ale chcę zobaczyć, jak moja Frankie jest szczęśliwa. Chcę to dać mojej Ginie. I nie jestem nieświadomy, że mnie nie lubisz, Benny Bianchi, ale i tak chcę cię widzieć szczęśliwego. Podobnie Gina. Daj nam to, a dowiem się wszystkiego, co trzeba wiedzieć o tym, co dzieje się w Indy.

- To wydaje się zbyt łatwe – zauważył podejrzliwie Ben.

– To dlatego, że to, co zrobię w Indy, nie będzie dla ciebie. Dla Frankie. Ale ona o to nie poprosiła, ty o to poprosiłeś, więc ty płacisz.

Zrozumiał to i mógł zapłacić ten dług bez większego bólu głowy.

Z wyjątkiem jednej rzeczy.

- Moi rodzice was nie zobaczą – stwierdził Benny, a twarz Sala stężała.

- Nie będę wślizgiwał się do kościoła jak wąż, a i Gina nie zrobi tego gówna.

- Nie obchodzi mnie, jak wejdziecie – odpowiedział Benny - Ale zrobisz to tylko tak, żeby moi rodzice was nie widzieli.

Sal wytrzymał jego wzrok, zanim uniósł brodę.

Akceptacja.

Mieli układ.

Chryste.

- Więc skończyliśmy – zakończył Ben, a twarz Sala zmieniła się w sposób, jakiego Benny nie mógł zrozumieć, nawet gdy to zrobił.

Sal Giglia nie chciał skończyć z Bennym. Z Bianchi.

Z rodziną.

Jak ten człowiek mógł myśleć, że uda mu się zatrzymać krewnych, skoro jego zadaniem było utoczenie krwi, Ben nie miał, kurwa, pojęcia.

Nigdy by na to nie wpadł, a miał przed sobą kolejny przystanek. Potem musiał zostawić w domu to, co miał odebrać, zanim pojedzie po Frankie na lotnisko. Więc też nie dał sobie czasu na przemyślenia.

- Skończyliśmy – Sal go puścił.

- Powiedz Ginie, że się pożegnałem – mruknął Ben, wstając z fotela, a Sal podniósł się z nim.

– Zrobię to – odpowiedział Sal.

Ben skinął mu głową, odwrócił się i ruszył.

Przerwał, gdy Sal powiedział - Była z niewłaściwym bratem.

Odwrócił się, czując znowu mrowienie w gardle i skierował oczy za okularami przeciwsłonecznymi na mężczyznę.

Sal nie skończył - Vinnie był dobrym człowiekiem, ale nie dla niej. Została stworzona dla ciebie. Zawsze o tym wiedziałem.

Ben nic nie powiedział.

Sal to zrobił.

- Doprowadzi cię do szaleństwa i pokochasz każdą minutę spędzoną z nią.

Ben zachował milczenie.

- Jestem szczęśliwy, że to masz, figlio – zakończył cicho Sal.

Od śmierci Vinniego Ben spędził z Salem prawie zero czasu, wytrzymując go w szpitalu w noc, w której Frankie została postrzelona, tylko dlatego, że nie miał wyboru.

Teraz przypomniało mu się, dlaczego ktoś taki jak Frankie trzymał się takiego człowieka jak Sal. Z dala od niego nie miało to sensu.

Ale kurwa, blisko, ten człowiek był sympatyczny. Zawsze był.

Może więc miał element układanki wyjaśniający, dlaczego jego brat zrobił to gówno, co zrobił, a posiadanie tego fragmentu było cudem.

Ben nie powiedział tego Salowi, głównie dlatego, że wszystkie inne elementy układanki nie pasowały.

Znów tylko skinął głową i zabrał stamtąd swój tyłek.

*****

- Możesz wyjaśnić, dlaczego będziesz tu sześć dni, ale masz wystarczająco dużo bagażu, aby zostać tu przez resztę życia? - Benny zrzędził, wciągając ogromną walizkę Franceski po schodach na tylny taras, razem z jej bagażem podręcznym.

- Mówiłam, że je poniosę – odpowiedział Frankie. Wykręcił szyję, żeby na nią spojrzeć, więc szeroko otworzyła oczy i kontynuowała - Jak chcesz być opiekuńczym, opiekującym się swoją kobietą Włochem, to nie możesz zrzędzić.

Miała całkowitą rację.

Mimo to, ujrzał dzięki temu Frankie z szeroko otwartymi oczami co czyniło ją uroczą, więc miał zamiar zrzędzić.

Puścił walizkę, aby otworzyć drzwi, i zapytał - Co w ogóle masz w tych torbach?

- Nie dałeś mi żadnej podpowiedzi, co planujesz, więc musiałam się przygotować – odpowiedziała, gdy wszedł przez drzwi, ciągnąc za sobą jej walizki.

- Więc przez „przygotowana” masz na myśli, że przyjechałaś przygotowana do ataku na Biały Dom? – zapytał.

- W tych torbach mam ubrania i buty, a nie karabiny szturmowe – odpaliła.

- Wydaje się, jakby to było pół tony C4 – mruknął.

- Zamknij się, Benny – odpowiedziała, ale usłyszał uśmiech w jej głosie.

To wywołało jego uśmiech, gdy szedł dalej w stronę drzwi do holu.

Kiedy tam dotarł, powiedział - Cholera, kotku, zapomniałem włożyć Fantę do lodówki. Jest w gabinecie. Zaniosę to na górę. Wrzuć kilka puszek do lodówki i przy okazji otwórz mi piwo.

- Twoja nora nie jest gabinetem. To wysypisko śmieci udające gabinet – odpowiedziała.

– Sięgniesz mi piwo czy co? - odparł, wciąż uśmiechnięty.

– W porządku – mruknęła i usłyszał, jak jej torebka uderza o stół.

Zaciągnął walizki do podnóża schodów, zostawił je tam i wrócił, idealnie wyczuwając moment, w którym dotarł do drzwi pokoju, żeby zobaczyć, jak ręce Frankie wystrzeliły do jej ust, gdy wrzasnęła - O mój Boże! Benny!

Uśmiechnął się szeroko, gdy patrzył, jak natychmiast padła na podłogę na kolana, kiedy pomarszczony szczeniak buldoga – brązowe ciało, białe stopy, brzuch, twarz i uszy, z małymi brązowymi plamkami na jednym wiotkim uchu i brązowe emanujące po bokach jego oczy – ruszył w jej stronę.

Benny oparł się o framugę, gdy wzięła szczeniaka w ramiona i potarła policzkiem o jego futro.

- Poznaj Churchilla – powiedział.

Odchyliła głowę do tyłu, pokazała mu oczy, a kiedy Ben je zobaczył, znieruchomiał.

– Gus – szepnęła ochrypłym głosem, a oczy błyszczały jej od łez.

- Nazywa się Gus.

Patrząc w te szalenie piękne oczy, pełne łez i miłości, Ben stwierdził, że nie może się ruszyć.

Pies i Frankie mogli.

Pies się wił. Frankie wyszła z przysiadu i podeszła do niego, trzymając szczeniaka przytulonego blisko swojej twarzy, nie odrywając wzroku od jego oczu.

Zatrzymała się niedaleko, a on powiedział cicho - Jeden dzień wcześniej, ale nie mogłem go tam zostawić na zawsze - Jego głos przycichł i powiedział - Wszystkiego najlepszego, kochanie.

Ledwie wypowiedział słowa, gdy zobaczył łzę spływającą po jej policzku.

Ale się nie poruszyła.

Zapytał więc - Pocałujesz mnie?

Potarła wciąż wijącego się szczeniaka o policzek i zapytała - Czy masz pojęcie, jaki jesteś niesamowity?

– Mniej więcej – zażartował Benny.

– Nie, nie masz – szepnęła, a jego żołądek ścisnął się.

– Chodź tu, Frankie – warknął.

Przyszła do niego. Objął ją (i psa) ramionami i pochylił głowę, żeby wziąć jej usta.

Nie musiał tego brać.

Dała mu je.

Całował ją głęboko.

Ale nie długo.

Bo w środku tego, używając szczenięcego języka, Gus pocałował ich oboje.

*****

CDN



[1] Scena z obciętą końską głową jest z filmu Ojciec Chrzestny.


3 komentarze: