Rozdział
6
Miłość
nigdy nie jest zła
-
Dzięki, kochanie, i, powtarzam, nie martw się o przychodzenie jutro.
To
był następny ranek. Stałam pod drzwiami Benny’ego, Asheeka na werandzie. Byłam
wykąpana, gotowa stawić czoło nowemu dniu i pozwalałam jej odpocząć od
prysznica.
-
Jesteś pewna? - zapytała.
-
Wczoraj było dobrze, dzisiaj jest lepiej – przypomniałam jej.
–
Tak – powiedziała - Mimo to, jak będę potrzebna, po prostu zadzwoń.
Moja
Asheeka. Niesamowita.
–
Muszę ci kupić bilety na występ Ushera, gdy następnym razem będzie w Chicago.
Jej
oczy zrobiły się ogromne - Dziewczyno, wiesz, że nie byłoby dobrze, gdybyśmy
byli z tym chłopakiem w tym samym budynku, nawet gdyby ten budynek był
stadionem.
Wiedziałam
tylko, że Asheeka ma słabość do dziecięcej twarzy. I większą do mężczyzny,
który potrafi się poruszać.
-
Racja. Aby uniknąć wydania przez Ushera zakazu zbliżania się do ciebie, znajdę
coś innego – powiedziałam jej.
Tym
razem jej oczy posmutniały, zanim odpowiedziała - Wiem, że próba odciągnięcia
cię od zrobienia czegoś byłaby głupią stratą czasu. Ale chcę też jasno
powiedzieć, że nie musisz nic robić.
–
Zrobię – odpowiedziałam.
–
Wiem – szepnęła.
Moja
Asheeka. Tak niesamowita.
Powstrzymałam
się od jej przytulenia, bo prawdopodobnie doprowadziłoby mnie to do płaczu, a
właśnie zrobiłam makijaż.
Uśmiechnęła
się do mnie - Informuj mnie na bieżąco, co się z tym dzieje – rozkazała,
wskazując brodą na korytarz za mną, mając na myśli Benny’ego.
-
Jeśli odzyskam telefon, zrobię to – obiecałam.
Nie
przestawała się uśmiechać i mówiła - Później, kochanie.
-
Później, Asheeka.
Skierowała
wzrok poza mnie i krzyknęła - Pa, Benny!
-
Później! - głęboki głos Bena odkrzyknął z miejsca, w którym on znajdował się w
kuchni.
Zachichotała,
raz potrząsnęła głową, a ja patrzyłam, jak schodziła do swojego Land Rovera i
wsiada. Zamknęłam drzwi, kiedy odjeżdżała.
Odwróciłam
się, rozejrzałam po korytarzu, wyprostowałam ramiona i ruszyłam w tamtą stronę.
Benny
i ja musieliśmy odbyć rozmowę. Taką, w którym przekazałabym mu kilka ważnych
rzeczy, on by wysłuchał i dla odmiany postawiłabym na swoim.
Zdecydowałam
o tym pod prysznicem.
To,
co wtedy zdecydowałam, działo się teraz.
Przeszłam
korytarzem, skręciłam do kuchni, zrobiłam dwa kroki, zatrzymałam się i położyłam
ręce na biodrach.
I
tam zobaczyłam, że Ben miał misję. Wiedziałam o tym, bo trzymał pączka w
zębach, kubek podróżny w dłoni, telefon chował do tylnej kieszeni, a kluczyki
do samochodu leżały na blacie przed miejscem, w którym stał. Jego włosy były
mokre, bo wziął prysznic w łazience na korytarzu. Słyszałam go, kiedy się
przygotowywałam.
-
Ben – zawołałam.
Spojrzał
w moją stronę i skończył z telefonem, podniósł rękę z pączkiem, ugryzł i z
pełnymi ustami powiedział - Tak?
-
Musimy porozmawiać – powiedziałam mu.
Przeżuł
i połknął. – Tak – zgodził się chętnie - Dziś rano mama miała coś do ojca
Frances, więc kiedy byłaś na górze, rozmawiałem z panią Zambino. Zabiera cię
dzisiaj do kręgielni. Gra ligowa. Mówi, że ona i jej dziewczyny dotrzymają ci
towarzystwa. Muszę iść do restauracji i coś załatwić. Spotkamy się ponownie tutaj.
Wiedziałam,
że zmrużyłam oczy, kiedy oświadczyłam - Nie pójdę do kręgielni ze starszą panią
Zambino i jej kumpelami.
-
Tak, pójdziesz – odpowiedział Ben, zanim wziął kolejny kęs pączka.
Potrząsnęłam
głową, żeby nie odrywać się od mojej
misji, i stwierdziłam - Benny, musimy porozmawiać o tym, o czym ja chcę porozmawiać.
-
Nie możemy. Ona będzie tu za pięć minut, a ja muszę już iść. Jeden z naszych
dostawców będzie w restauracji za dwadzieścia. Zrobiłem zamówienie. Jego gówno
jest dobre, ale wiadomo, że oszukuje swoich klientów, więc muszę to sprawdzić,
kiedy dotrze, żeby nas nie oszukał.
Chociaż
normalnie uważałabym to za fascynujące, wewnętrzne funkcjonowanie popularnej
pizzerii i to, jak dostawca może cię „oszukać”, w tej chwili również to nie
mogło mnie rozproszyć.
-
Chcę swój telefon – oznajmiłam, a Benny skupił się na mnie.
-
Kochanie… - zaczął cicho.
–
Nie – przerwałam mu - Mamy plany na wieczór. Obiecałam ci to i dotrzymam tej
obietnicy. Nie odlecę. Ale wyszłam ze szpitala i mam życie. Przyjaciół, którzy
prawdopodobnie zastanawiają się co ze mną. Pracę, którą rzuciłam, a okres
wypowiedzenia zakończy się zwolnieniem lekarskim, ale mam tam pewne
zobowiązania, klientów, z którymi muszę się skontaktować. Mam też nową pracę.
Wiedzą, że przeżyłam traumatyczne wydarzenie, ale teraz pewnie myślą, że
zniknęłam z powierzchni ziemi. Muszę się zameldować, a żeby to zrobić,
potrzebuję telefonu. Wolałabym dzwonić stąd. Ale żeby nie narazić się na gniew
starszej pani Zambino, która prawdopodobnie jest teraz podekscytowana
możliwością popisania się swoimi umiejętnościami na torze, będę dzwonić z
kręgielni.
Benny
wyglądał na zdecydowanie nieszczęśliwego, kiedy zaczęłam opowiadać o mojej
nowej pracy.
Ale
strasznie mnie zszokował, kiedy powiedział - Jest w pickupie. Pójdę po niego.
-
Naprawdę? – zapytałam zdyszanym głosem, bo byłam zszokowana, gdy się poddał i
zrobił to tak cholernie łatwo.
Przestał
wyglądać na nieszczęśliwego i wyglądał zupełnie inaczej, kiedy powiedział
delikatnie - Tak, kochanie - Znów włożył pączka między zęby, chwycił klucze,
wepchnął je do kieszeni, podszedł do mnie, po czym wyjął pączka z ust, po czym
owinął palce wokół mojego biodra i pochylił się ku mnie, wchodząc głęboko w
miejsce, gdzie dotknął ustami do mojej szyi. Podniósł się, żeby spojrzeć mi w
oczy i szepnął - Wrócę.
–
Okej – również szepnęłam.
Włożył
do ust ostatni kawałek pączka i zniknął za drzwiami, a ja stałam tam i
myślałam, jakie to było proste.
Może
powinnam była poprosić o telefon dzień wcześniej.
Albo
dzień wcześniej.
Wciąż
o tym myślałam, kiedy Ben wrócił z moją torebką. Nie przyniósł mi jej. Zaniósł ją
na stół, rzucił tam, a potem podszedł do mnie.
Podszedł
blisko i z jakiegoś powodu nie przygotowałam się. Nie odsunęłam się. Nie poruszyłam
ani jednym mięśniem.
Oznaczało
to, że kiedy podniósł rękę, aby owinąć ją wokół mojej szyi i pochylił głowę,
byłam łatwym celem.
Oznaczało
to również, że kiedy oczekiwany przeze mnie dotyk warg stał się czymś innym –
jego usta się otworzyły, moje otworzyły się wraz z nim i był w stanie wsunąć
język do środka – mogłam poczuć cudowny smak pączka i Benny’ego.
Mój
żołądek znów się skurczył.
Prawie
zanim to się zaczęło na poważnie, jego usta i język zniknęły. Potem jego palce
wpiły się w moją szyję, jego oczy patrzyły w moje i szepnął - Później, kochanie.
–
Później – szepnęłam również.
Jego
oczy się uśmiechały. Jego palce zacisnęły się. Potem puścił mnie i wyszedł za
drzwi.
Stałam
w jego kuchni, gapiąc się na drzwi, wiedząc, że to mogłoby być moje życie.
Ben
wychodzący do restauracji, żeby się upewnić, że jakiś dostawca go nie oszukał
po tym, jak uścisnął moją szyję, a ja musnęłam jego językiem, co pozostawiło mi
jego smak w ustach i patrząca, jak wychodził za drzwi po „Później, kochanie”,
co oznaczało, że bym go odzyskała.
Stałam
w kuchni Benny’ego, gapiąc się na drzwi, wiedząc, że chciałam takiego życia.
Świadomość, że tak bardzo tego chciałam, sprawiała mi ból. Świadomość, że tego
pragnęłam, odkąd byłam małą dziewczynką. Wiedza, że chcę tego jeszcze bardziej,
myśląc, że mogę to mieć z Bennym.
Ale
ból przyszedł, gdy przypomniałam sobie, że nigdy tego nie będę mieć.
Myśląc
o tym, usłyszałam, jak otwierają się drzwi frontowe i pani Zambino krzyczy - Francesca
Concetti! Rusz się! Musimy odebrać Phyllis, a nie chcę się spóźnić!
Wzięłam
głęboki wdech.
Potem
poszłam do torebki, upewniłam się, że jest tam ładowarka, bo Bóg jeden
wiedział, że po kilku dniach bez ładowania będę miała przerąbane i zrobiłam to,
krzycząc - Idę, pani Zambino!
*****
Siedziałam
na krześle na końcu toru i patrzyłam, jak pani Zambino podchodzi i pozwala
swojej kuli latać. Kula szybko potoczyła się po torze, przechylając się na bok,
po czym walnęła! Uderzyła w kręgle tak mocno, że przeleciały przez tor i doznały
rozłamu.
Zerwałam
się z krzesła z rękami w górze, ignorując nieistotne ukłucie bólu, które
uderzyło w moją ranę, i krzyknęłam - Go, Zambino!
Podobnie
jak ona i cała jej grupa, gdy ktoś zdobył strike
lub spare[1],
co zdarzało się często, odwróciła się i natychmiast zaczęła potrząsać tyłkiem
na boki, z rękami uniesionymi przed siebie w pozycji jazzowej, kołysząc
przedramionami i skandując głośno - Wii, wii, wow.
Cała
jej grupa tańczyła i śpiewała, gdy przechodziła między nimi, przybijając
podwójne piątki.
Podeszła
do mnie i jej wyraz radości stał się surowy.
–
Francesca, usiądź – warknęła.
-
Jesteś zajebista – powiedziałam jej.
-
Wiem – odpowiedziała - Teraz usiądź. Nie chcę, żeby cała rodzina Bianchi
obwiniała mnie za to, że podrażniłaś ranę z powodu mojego świetnego występu w
kręgielni.
Usiadłam,
ale odchyliłam głowę do tyłu i zrobiłam to, uśmiechając się do niej.
Z
wdziękiem opadła na miejsce obok mnie, gdy oświadczyłam - Zacznę grać w kręgle,
gdy tylko całkowicie wyzdrowieję, aby móc być tobą, gdy dorosnę.
Jej
oczy przeskanowały moją głowę, po czym oznajmiła – Jeśli chcesz, żeby tak się
stało, musisz nauczyć się ujarzmiać swoje włosy i używać różu jako akcentu, a
nie wojennego paska.
-
Przepraszam, nadal jestem na haju twojego strike’a – powiedziałam jej - Nawet
będąc podłą i zrzędliwą nie zanieczyścisz tak wysokiego poziomu.
Jej
usta wykrzywiły się, starając się nie pozwolić mi zobaczyć jej uśmiechu.
-
Widziałam to! - oznajmiłam, podnosząc rękę i wskazując palcem na jej usta.
Odepchnęła
moją rękę i wstała, kierując się w stronę miejsca do siedzenia na końcu alejki,
wołając - Daj mi moją Pepsi-Colę, Loretta.
Jak
każdy sługus kręgli, Loretta przekazała królowej napój.
Odwróciłam
wzrok w stronę toru, wciąż się uśmiechając, gdy zadzwonił telefon w mojej
dłoni.
Udało
mi się zadzwonić do mojego byłego szefa i zapewnić go, że zajmę się sprawami, które
należały do mnie. Udało mi się też zadzwonić do mojego nowego szefa, aby
poinformować go, że wciąż żyję i planuję przybyć do Indianapolis, by przyjąć tę
pracę tak szybko, jak to możliwe. W końcu udało mi się wysłać SMS-a do wielu
znajomych, aby poinformować ich, że u mnie wszystko w porządku.
Potem
wciągnęła mnie gra w kręgle.
Podniosłam
telefon, spojrzałam na niego i zobaczyłam numer, którego nie rozpoznałam.
Ponieważ mogło to dotyczyć czegoś ważnego w związku z pracą (starą lub nową),
odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha.
-
Tu Frankie Concetti.
–
Kotku.
To
był Benny.
Mój
żołądek znów się skurczył i to całkiem mocno, a on nawet mnie nie pocałował.
-
Dobrze się bawisz? - zapytał.
-
Pani Zambino właśnie zdobyła strike –
powiedziałam.
-
Imponujące – mruknął z humorem w głębokim i swobodnym głosie.
Boże,
on mnie zabijał.
-
Dostawca nas nie oszukał – powiedział mi – Mam już wszystko, co musiałem
zrobić, więc mogę po ciebie przyjechać.
-
Nie – powiedziałam mu - Chcę zostać aż do samego końca. Grupa Zambino kopie
tyłki i zbiera wyzwiska, ale tańczą i skandują za każdym razem, gdy dostaną strike lub spare. Chcę zobaczyć, jak sobie z tym poradzą, gdy rozwalą
przeciwników.
Tym
razem jego głos był pełen śmiechu, kiedy powiedział - Więc odpowiedź na moje
wcześniejsze pytanie brzmi: tak. Dobrze się bawisz.
Nie
potwierdzałam tego, bo z różnych powodów nie chciałam się do tego przyznać.
Znał
jeden z tych powodów, ponieważ wymamrotał - Szalenie uparta.
Nieważne.
–
Wszędzie zadzwoniłaś? – zapytał.
-
Jeśli powiem tak, czy ponownie skonfiskujesz mój telefon, kiedy wrócę do domu?
-
Nie.
–
W takim razie tak.
To
właśnie wywołało jego śmiech.
Westchnęłam
i słuchałam, rozkoszując się każdą sekundą.
Przestał
to robić i w chwili, gdy to zrobił, wyrwał mnie z niepewnego świata, w którym
pozwalałam sobie żyć, i katapultował mnie do piekła, na którego progu byłam od
tamtego dnia, kilka tygodni po śmierci Vinniego, kiedy Ben i ja upiliśmy się i
zrobiłam w jego kierunku szalony, głupi, nietrzeźwy, dziwkarski ruch.
-
Zrobiłem rezerwację w Giuseppe’s. Siódma.
Słysząc
jego słowa, wciągnęłam bolesny wdech.
Giuseppe’s
było jak pizzeria Vinniego. Trzeba było wiedzieć, że tam jest, żeby to znaleźć.
Było to miejsce spotkań w sąsiedztwie i podobało im się to. Nie oznaczało to
jednak, że nie akceptowali każdego biznesu, jaki im się pojawił i związanego z
nim rozwoju. Chcieli po prostu robić to, co robili i robić to dobrze, skupiając
się wyłącznie na tym i nagradzając tych, którzy rozumieli znaczenie przekazu
ustnego.
To
było na poziomie ogrodu, przy alejce. Nie mieli parkingu. Nie mieli wpisu w
książce telefonicznej. Można było przyjść i mieć nadzieję, że dostanie się
stolik, albo można było mieć szczęście i wnuczka Giuseppe, Elena, która obecnie
prowadziła restaurację, dała swój numer telefonu, aby można było dokonać
rezerwacji.
Nie
miałam pojęcia, biorąc pod uwagę powszechność Internetu, czy media
społecznościowe to ogarniały, a ona miała wpis na Yelp, który miał siedem
tysięcy pięciogwiazdkowych recenzji. Chociaż ich ogłoszenie miało
prawdopodobnie tylko trzy tysiące pięćset recenzji, biorąc pod uwagę, że połowa
osób, które wiedziały o Giuseppe’s, chciała zachować to w tajemnicy w nadziei,
że kiedy tam przyjdą, uda im się dostać stolik. Ale to było tak niesamowite, że
druga połowa nie była w stanie utrzymać o tym zamkniętych jadaczek.
Działo
się tak, bo była to włoska kuchnia w najlepszym wydaniu. W restauracji było
ciemno. Stoły niewielkie. Wystrój w większości w bogatej czerwieni. Nastrój
romantyczny. Byłeś tam na Walentynki. Szedłeś tam i prosiłeś swoją kobietę o
rękę. Szłaś tam, aby powiedzieć swojemu mężczyźnie, że nosisz jego dziecko.
Nigdy nie zabierałeś tam swoich dzieci, ale przekazywałeś im wiedzę o tej
restauracji jak najcenniejszą rodzinną tajemnicę, więc pewnego dnia poprosiły
swoje kobiety, aby je tam poślubiły, albo powiedziały swojemu mężczyźnie, że noszą
jego dziecko.
Było
to idealne miejsce na pierwszą randkę, jeśli facetowi naprawdę się podobasz i
nie przeszkadza ci, że o tym wie. To było takie miejsce, gdzie facet zabiera
cię na pierwszą randkę, siadasz naprzeciwko niego i od razu decydujesz się
spędzić z nim resztę życia.
Ale
dla mnie to była katastrofa.
Na
naszą pierwszą randkę Vinnie zabrał mnie do White Castle. Uważał, że to zabawne,
a jako że byłam młoda i lubiłam go, myślałam, że to samo, z tym dodatkiem, że
był głupkowaty i słodki.
Benny
zabierał mnie do Giuseppe. Nie grał w gry.
-
Frankie? - zawołał Ben.
Spojrzałam
na swoje kolana i zaczęłam głęboko oddychać.
–
Kochanie, jesteś tam? - zapytał Bena.
-
Ja… uch, tak – wypchnęłam - Jestem tutaj.
-
Nic ci nie jest?
-
Tak. Spoko.
–
Może być Giuseppe?
Nie.
Nigdy. Nigdy, przenigdy.
-
Brzmi niesamowicie – powiedziałam mu.
Milczał,
zanim powiedział - Nie wszystko w porządku.
-
Kiedy pani Zambino rzuciła strike,
podskoczyłam i poczułam lekki ból. Nadal dochodzę do siebie.
Poczułam
się winna, że mu to powiedziałam, bo chociaż pierwsza część była prawdą, druga
część była kłamstwem i to właśnie ta część go zmartwiła.
-
Jezu, to musiał być niezły rzut – mruknął Benny.
-
Był - Przynajmniej to była prawda.
-
Nie przejmuj się, kochanie. Mamy przed nami wielki wieczór.
Tak,
mieliśmy.
Bo
to się skończy dziś wieczorem.
–
Tak – powiedziałam.
-
Pozwolę ci odejść. Dobrze się bawisz. Nie chcę, żebyś przegapiła akcję.
Więcej
dobrego od Benny’ego.
Zamknęłam
oczy, ale powiedziałam - Tak. Do zobaczenia później.
–
Później, cara.
Słuchałam,
jak się rozłączał, czując rozłączenie naszej rozmowy telefonicznej jak rzecz
fizyczną, zapowiedź tego, co miało nadejść i ten ból we mnie się pogłębił.
Miałam
około sekundy, aby to poczuć, zanim poczułam mocny uścisk dłoni pod szczęką i
uniesienie podbródka.
Otworzyłam
oczy i spojrzałam w ciemnobrązowe oczy pani Zambino.
-
Zbladłaś jak prześcieradło – powiedziała cicho, a wokół nas słychać było
toczenie się kul i trzask kręgli.
Nie
odpowiedziałam.
Trzymała
moją szczękę w dłoniach i patrzyła mi głęboko w oczy.
Potem
zapytała - To był Benito?
–
Tak – szepnęłam.
Skinęła
głową i nie odrywając ręki od mojej szczęki, powiedziała - Po drugiej stronie ulicy
mieszka starsza kobieta. Jak potrzebujesz mądrości, Francesco Concetti, udaj
się tam. Dam ci to.
Następnie
puściła mnie i poszła na zwrot kuli.
Przełknęłam,
zanim wzięłam nierówny oddech.
Potrzebowałam
mądrości, jak każdy potrzebował mądrości.
Ale
nie było mowy, żebym przeszła przez ulicę, żeby zdobyć wersję tego od pani
Zambino.
Nie
trzeba dodawać, że reszta czasu spędzonego ze starszą panią Zambino i jej
załogą nie była tak przyjemna jak na początku.
Kiedy
było po wszystkim, najpierw wyrzuciła Phyllis, a potem skierowała swojego Caddilaca
w stronę domu. Rozmawiała z Phyllis, ale kiedy byłyśmy same, w samochodzie było
śmiertelnie cicho, gdy jechał ulicami Chicago w dzielnicy, którą w dzieciństwie
nazywałam domem.
Co
przypomniało mi, że Benny kupił dom w naszej dzielnicy.
Człowiek
rodzinny, trzymający się blisko, rozkoszujący się historią.
Bóg
mnie nie nienawidził. Pogardzał mną.
Zatrzymała
się przed domem Benny’ego, samochód pracował na biegu jałowym, a ja zwróciłam
się do niej.
-
Dziękuję, że się mną pani zaopiekowała, pani Zambino.
Spojrzała
mi uważnie w oczy i skinęła głową.
Odwróciłam
się do drzwi, położyłam rękę na klamce i wymamrotałam - Do zobaczenia później.
Nie
otworzyłam drzwi.
Odwróciłam
się, gdy pani Zambino owinęła swoje zakończone srebrno i szponiaste palce wokół
mojego kolana.
Złapałam
jej wzrok, a ona od razu włączyła się, mówiąc cicho.
-
Mój Alonzo, pokój jego duszy… - Wolną ręką zrobiła znak krzyża świętego i
mówiła dalej - Bóg go doświadczył, dając mu trzy dziewczynki. Dom z nim i
czterema kobietami. Potem wszystkie jego dziewczyny miały tylko dziewczyny. Dom
pełen kobiet, moje dzieci były w pobliżu. Wbiło mu to się w głowę.
Przestała
mówić, a ja nic nie powiedziałam, bo nie wiedziałam, dokąd to zmierzała.
-
Uwielbiał każdą minutę spędzoną w tym towarzystwie – szepnęła.
Ponury
ton jej głosu sprawił, że wstrzymałam oddech i przypomniałam sobie, że Al
Zambino zmarł zaledwie dwa lata temu.
Szła
dalej.
-
Mój Al mawiał, że gdyby był młodszy, sprawiłby, by Enzo Concetti to zrozumiał,
to całe piękno, które stworzył, całe to piękno, które zaniedbał.
I
to sprawiło, że mój oddech stał się nierówny.
-
„Nie ma nic cenniejszego” – mawiał Al – „niż twoja córeczka”.
-
Pani Zambino – szepnęłam.
-
Złamało mu serce patrzenie, jak ty i twoje siostry spojrzałyście w lustro i widziałyście
to, co nauczył was widzieć wasz ojciec. Nie to, co tam jest. Co dobry człowiek,
który był dobrym ojcem, nauczyłby cię widzieć.
Mój
oddech był nadal nierówny, a serce zaczęło szybciej bić.
-
Ja…
Przestałam
mówić, gdy nagle wyciągnęła rękę i ponownie chwyciła moją szczękę, szarpiąc ją
w swoją stronę, stanowczo, ale delikatnie.
-
Jesteś dobrą dziewczynką, Frankie Concetti – oznajmiła.
Poczułam,
że łzy pieką mnie w oczach.
-
Dobrym dziewczynom należą się dobre rzeczy -
puściła moją szczękę, jej oczy powędrowały poza mnie, w stronę domu
Benny’ego, a potem wróciły do mnie - Pozwól sobie mieć dobre rzeczy.
–
To nie jest w dobre – powiedziałam jej cicho.
-
Wiedz jedną rzecz na pięknej Bożej ziemi, a mianowicie… – pochyliła się do mnie
– miłość nigdy nie jest zła.
Potrząsnęłam
głową.
Wytrzymała
moje spojrzenie - Kiedy okaże się, że jesteś otwarta na przyjęcie mądrości,
Francesca, po drugiej stronie ulicy jest starsza pani, która ci ją da.
Zacisnęłam
wargi.
Jej
spojrzenie znów powędrowało poza mnie, zanim wróciło – Benny czeka.
Odwróciłam
głowę i spojrzałam na dom Benny’ego i zobaczyłam go stojącego na werandzie z
rękami skrzyżowanymi na piersi, w mundurze składającym się z koszulki i
dżinsów, ale tym razem jego koszulka była granatowa.
Spojrzałam
ponownie na panią Zambino - Dziękuję za dzisiaj.
-
Jutro kolejne rozgrywki ligowe, masz ochotę na kolejny dzień oszołomienia.
Uśmiechnęłam
się do niej.
Patrzyła
znacząco na moje drzwi.
Wysiadłam
i ledwo zamknęłam drzwi, gdy jej Caddilac ruszył ulicą, kierując się na jej
podjazd, aby zaparkowała go w garażu przy alejce.
Benny
patrzył, jak do niego szłam i nie ruszył się, dopóki nie byłam o stopień od
niego.
Ale
on tylko opuścił ramiona i położył dłonie na biodrach, kiedy dołączyłam do
niego na szczycie jego werandy.
-
O czym to było? – zapytał, przenosząc wzrok na drogę, zanim wrócił do mnie.
Spojrzałam
na niego. Był wysoki. Był piękny. Był dobrym synem. Dobrym bratem. Dobry
chłopak. Byłby dobrym mężem i niesamowitym ojcem.
Chciałam
spróbować.
Nie
mogłam tego mieć.
–
Musimy porozmawiać – oznajmiłam.
Jego
oczy skupiły się na mojej twarzy i patrzyłam, jak przyjmują to, co tam jest i
przetwarzają to. Wiedziałam to, kiedy cała jego twarz złagodniała.
O
tak. Chciałam spróbować.
-
Kochanie… - zaczął.
–
Teraz – przerwałam mu.
Przyglądał
mi się przez długie sekundy, zanim skinął głową, podszedł do drzwi i otworzył
je przede mną.
Weszłam,
poszłam prosto do salonu i rzuciłam torebkę na kanapę.
Kiedy
to robiłam, usłyszałam zamykanie drzwi, a kiedy spojrzałam w tamtą stronę, Ben
był ze mną w pokoju.
Musiałam
to zrobić teraz. Musiałam to z siebie wyrzucić.
Potem
musiałam zniknąć.
-
Kochałam twojego brata – oświadczyłam, a on gwałtownie się zatrzymał, jego oczy
skierowały się na mnie, a jego nagła intensywność wypełniła pokój.
–
Wiem o tym – powiedział powoli.
-
Nie, Ben, kochałam twojego brata –
podkreśliłam.
-
Wiem o tym, Frankie – odpowiedział.
-
Kiedy byłam z nim, nie myślałam o tobie w ten sposób – powiedziałam, podnosząc
rękę i machając nią między nim a mną – Nigdy.
-
Okej – powiedział jako zachęta, gdy przestałam mówić.
-
Kiedy umarł, to złamało mnie.
Zamknął
oczy i skrzywił się, otworzył je i ponownie skupił się na mnie.
–
Wiem, kochanie – powiedział cicho.
-
To mnie złamało, bo go kochałam. Złamało mnie to, bo za nim tęskniłam. Złamało
mnie to, bo nie byłam kobietą, która byłaby na tyle silna, by powstrzymać go
przed zmarnowaniem życia.
Głos
Bena był nadal cichy, ale stanowczy, gdy stwierdzi - Nie jesteś odpowiedzialna
za śmierć Vinniego.
-
Nie? - Zapytałam.
-
Nie – odpowiedział.
–
Jesteś pewien, że tak nie myślisz? - pchnęłam.
Zrozumienie
przemknęło przez jego twarz. Zrobił krok w moją stronę, ale zatrzymał się i
powiedział - Zasłużyłem na to.
Potrząsnęłam
głową - Nie karzę cię, Ben, szczerze. Wierzę ci, kiedy mówisz, że już tak nie
myślisz. Ale, musisz to wiedzieć, że ja nadal to robię.
-
Frankie, Vinnie sprowadził na siebie to, co mu się przydarzyło.
-
Kobieta powinna wspierać mężczyznę – odparłam.
–
Nie, kiedy jej mężczyzna odwraca się od kobiety – odpowiedział.
Jego
słowa trafiły mnie jak kula (znałam to uczucie) i zacisnęłam usta.
-
Zrobił ci to gówno i wiesz o tym – stwierdził Benny.
Spojrzałam
w bok.
-
Zrobił ci to gówno, wiedziałaś o tym i miałaś już dość – kontynuował Benny.
Spojrzałam
na niego.
-
Nie miałaś? – pchnął.
-
Tak - szepnęłam, po czym wyznałam swój straszny sekret - Poddawałam się,
rezygnowałam.
Tym
razem Ben potrząsnął głową - Cara, on
zabrał wszystko, więc nie było z czego rezygnować.
Jego
słowa znów mnie uderzyły, mocno i gwałtownie wciągnęłam powietrze, jakbym
otrzymała cios.
–
Masz jakiś cel w tej rozmowie? - zapytał.
-
To zostanie między nami – wyjaśniłam - Zawsze tam będzie.
-
Jak? – zapytał Benny, zanim mi przypomniał - On nie żyje.
-
Kochałam twojego brata, Benny – powtórzyłam.
-
Tak. Kochałaś. Dawał się kochać. Był dobrym facetem. On też cię kochał. Był cholernie
zauroczony. Cieszyłem się, że mój brat to miał. Potem byłem cholernie wkurzony,
że ma to wszystko w dupie.
I
jeszcze więcej dobroci od Benny’ego.
Nie
mogłam tego znieść.
-
To nigdy nie może między nami zadziałać – oznajmiłam.
-
Dlaczego? - zapytał.
-
Ponieważ ludzie zobaczą nas w Giuseppe’s i pomyślą: „Oto ona, Frankie Concetti.
Spotyka się z bratem swojego zmarłego chłopaka. Leci na za kolejnego Bianchi.”
-
Każdy, kto myśli to gówno, może pocałować cię w tyłek, a skoro już przy tym
jest, może pocałować mój.
Miał
odpowiedź na wszystko, ale ja już straciłam opanowanie, więc pochyliłam się i
krzyknęłam - To nie w porządku!
Pochylił
się do przodu, podniósł głos i wyrzucił obie ręce, pytając - A co nie było w
porządku z tymi ostatnimi czterema dniami, Frankie? Powiedz mi. Co było nie
tak? Chichoczesz, gdy tata jest tatą, a ja jestem sobą? Dzielisz się mądrymi radami
z jedną z dziewcząt Cala? Jesteś w moim łóżku i dajesz mi to, co lubię, a potem
przytulasz się do mnie, żeby oglądać telewizję? Zjadasz moją pizzę i
rozkoszujesz się każdym pieprzonym kęsem? Siedzisz przy kuchennym stole i jesz
lunch z moją mamą? Tata cię wspiera, kiedy przychodzi twoja suka, siostra? Co z
tym jest nie tak?
Właśnie
wtedy to straciłam.
-
Nie chcę, żebyś kiedykolwiek myślał, że jestem z tobą z innego powodu niż to,
że jesteś sobą! - Krzyknęłam – Nigdy, Ben. Przenigdy. Nie zasługujesz na to.
Nie zasługujesz, żeby kiedykolwiek ktoś pomyślał coś takiego!
Kiedy
krzyczałam, jego tors odskoczył do tyłu, a broda wbiła się w szyję.
Kiedy
skończyłam krzyczeć, szepnął - Co do cholery?
–
Masz rację – warknęłam, wyrzucając rękę - Przyszłam do ciebie po śmierci
Vinniego. Pocałowałeś mnie, ale to ja zrobiłam pierwszy krok.
-
Wiem o tym, kochanie – odpowiedział, wciąż szeptem.
-
To było dziwkarskie zagranie.
-
Byłaś pijana.
-
To było dziwkarskie.
-
Francesca, byłaś oszołomiona, totalnie oszalała. Ja też. Straciłaś mężczyznę,
ja straciłem brata, jesteś kobietą, ja jestem facetem, a to gówno wydarzyło się
siedem lat temu. To nie było w porządku. Oboje spieprzyliśmy. Oboje o tym
wiedzieliśmy. A teraz to się skończyło.
–
To tyle? - warknęłam.
-
To wszystko – odpowiedział natychmiast.
–
I nie uważasz mnie za dziwkę.
Jego
ciało zesztywniało, a moje serce ścisnęło się mocno.
–
Myślisz, że jestem dziwką – szepnęłam.
–
Nie – odgryzł się.
-
Myślisz. Mogę to przeczytać, Benny Bianchi. To jest na tobie wypisane.
-
Kochanie…
Pokręciłam
głową, patrząc w stronę drzwi i żądając - Zabierz mnie do domu.
-
Kochanie…
Spojrzałam
na niego i krzyknęłam - Zabierz mnie do
domu, Benny!
-
Frankie, kochanie. Kurwa. Wiem, że Vinnie zabrał ci dziewictwo.
Cofnęłam
się dwa kroki i zagapiłam się.
Patrzył,
jak poruszają się moje stopy, i jego wzrok zatrzymał się na mojej twarzy - Tak.
To byłoby niezręczne, niewygodne gówno, przez które będziemy musieli przejść -
Podniósł rękę, przeczesał nią swoje bajeczne włosy, spojrzał w bok i zakończył
mrucząc - To całe gówno.
–
Vinnie ci to powiedział? - szepnęłam, a Benny znów na mnie spojrzał.
–
Tak – wycedził.
-
O mój Boże – westchnęłam.
-
Kochałem go. Był dobrym człowiekiem, dopóki nie stał się zły. Ale on był wielkim,
pieprzonym paplą.
-
O mój Boże – powtórzyłam.
Chciałam
umrzeć. Chciałam cofnąć się do lasu i nie wyjść.
Vinnie
mówił o mnie, w sensie o mnie.
Benny’emu!
-
Frankie…
-
Jak dużo wiesz? - Zapytałam.
-
Kochanie…
Pochyliłam
się w jego stronę - Jak dużo wiesz, Benny
Bianchi?
Odpowiedział
w sposób, który zdawał się wymuszać wypowiedzenie tych słów - Wiem, że mam
trochę pracy do wykonania, żebyś czerpała przyjemność z obciągania mi.
Spojrzałam
na sufit i zawołałam - O mój Boże!
-
Kochanie, chodź tutaj.
Spojrzałam
na niego i pokręciłam głową - Nie. Zabierz mnie do domu.
–
Frankie, chodź tutaj.
–
To upokarzające – syknęłam.
–
Chodzi o to, że chcę ci powiedzieć, że wiem, że nie jesteś dziwką. Nie byłaś
wtedy i nigdy nie mogłabyś być. Tego w tobie nie ma, kochanie. Kurwa, miałaś
dwadzieścia jeden lat, kiedy poddałaś się po raz pierwszy i od tego czasu nie
miałaś mężczyzny.
-
Skąd to wiesz? – warknęłam.
-
Kochanie, zakochałem się w tobie. Nadal jestem w tobie zakochany. Nigdy nie przestałem cię kochać. Zwracałem uwagę.
Chociaż
bardzo mi się to podobało, byłam zbyt zawstydzona, aby pozwolić temu dobremu uczuciu
przeniknąć, więc po prostu patrzyłam na niego.
–
Mam rację, prawda? - popchnął.
Po
prostu ciągle się na niego gapiłam.
–
Mam rację – wymamrotał.
-
Zabierz mnie do domu – zażądałam.
-
Frankie…
–
Szczerze – wykrztusiłam - Myślisz, że możemy wyjść poza to? Wiesz, że twój brat był jedyny?
–
Nawet nie przyszło mi to do głowy, kiedy wczoraj trzymałem rękę na twoim tyłku
i język w twoich ustach. I nie idź tam, gdzie idziesz, Frankie, bo tobie też
Vinnie nie przyszedł do głowy.
Zamknęłam
usta, które otworzyłam, aby odpowiedzieć dokładnie tak, jak Benny wiedział, że
to zrobię, bo Vinnie tego nie zrobił. Nie przyszedł mi do głowy. Nie, dopóki
Benny nie zaczął o nim mówić.
To
wszystko dotyczyło Benny’ego i tego, co Benny mi zrobił.
–
W porządku, a co powiesz na to? - wyrzuciłam - Nie jestem wielką fanką robienia
loda.
–
W takim razie bez obrazy dla mojego zmarłego brata, nie nauczył cię tego, jak
należy.
Rozłożyłam
ręce – Czy nie wydaje ci się, że cała ta rozmowa jest dziwna?
-
Kochanie, poważnie, jak rozbiorę cię do naga, doprowadzę cię do punktu, w
którym będziesz tak zajęta tym, co robisz, że dojdziesz, zanim będę mógł cię
zdjąć i zakopać się w tobie.
-
Wrrrr! - Krzyknęłam, głównie dlatego,
że nagle zapragnęłam zrobić Benny’emu loda.
Szaleństwo!
Równie
nagle znalazłam się w jego ramionach.
Szarpnęłam
całym ciałem, ale jego ramiona zacisnęły się.
–
Spokojnie – warknął.
Zatrzymałam
się i spojrzałam na niego.
-
Nie jesteś dziwką - Warczał dalej.
Ciągle
wpatrywałam się w niego.
-
I mam gdzieś to, co ktoś o nas pomyśli, jeśli zobaczą nas razem. Oni osądzają i
muszą za to odpowiedzieć przed Bogiem, nie ja czy ty.
Po
prostu ciągle się na niego gapiłam.
Benny
wytrzymywał to przez jakiś czas, zanim zapytał - Jadłaś lunch?
-
Starsza pani Zambino częstowała całą swoją załogę hot dogami ze stoiska, aby
uczcić ich spektakularne zwycięstwo.
-
Szkoda. Miałem zamiar zaciągnąć nasze tyłki do Lincolna po kanapki sub.
Po
tej ofercie wyprostowałam ramiona i powiedziałam - Nadal jestem głodna.
–
Kanapki sub po hot dogach będzie pierdolić doświadczenie twojego Giuseppe’s.
-
Nic nie pieprzy się z doświadczeniem Giuseppe’s.
Benny
uśmiechnął się.
Następnie
zapytał - Skończyłaś świrować?
Absolutnie
nie skończyłam.
Ta
świadomość sprawiła, że opadłam w jego ramiona.
Skierowałam
wzrok na jego ramię i powiedziałam - To wszystko jest dziwne.
–
Tak – zgodził się, a ja znów na niego spojrzałam - To dziwne. To niezręczne. To
jest do bani. Przypomina mi to, że powinienem był cię zaprosić na randkę, kiedy
chciałem cię zaprosić w ostatnim roku liceum, ale tego nie zrobiłem, bo było
powszechnie wiadomo, że nie szłaś na całość. Ale teraz tu jesteśmy. Poradzimy
sobie z tym. A przynajmniej jest to czas, kiedy jestem pewien, że uda mi się
cię przekonać, żebyś dała z siebie wszystko i dała o wiele więcej, niż mogłem
mieć, mając siedemnaście lat.
Zamrugałam
do niego.
Potem
zapytałam bez tchu – Chciałeś mnie zaprosić na randkę, kiedy byliśmy w szkole
średniej?
-
Kochanie, jesteś szalenie piękna, masz świetne piersi, świetne nogi, świetny tyłek
i niewiarygodny uśmiech, a wtedy też miałaś to wszystko. Więc tak. Kurwa, tak.
Każdy chłopak w szkole średniej chciał mieć kawałek ciebie.
O
mój Boże.
W
szkole średniej byłam na trzech randkach.
Trzy!
I
żadna z nich nie była dobra.
Poczułam,
że moje brwi się złączyły - Więc dlaczego mnie nie zapytali?
-
Bo, Frankie, kochanie, nie szłaś na całość.
Wtedy
poczułam, że moja krew zaczyna się robić gorąca.
-
To był jedyny warunek, aby dziewczyna umawiała się na randkę?
-
Główny. Poza tym musi być seksowna. Ale ty byłaś.
–
To obrzydliwe – syknęłam.
-
Frankie – powiedział, a moje imię zadudniło od śmiechu, który wstrząsał jego
ciałem przy moim - To było osiemnaście lat temu, w czasach, gdy myślałem
kutasem.
Moje
brwi wystrzeliły w górę – Już nie myślisz?
-
Okej, to były czasy, kiedy myślałem kutasem przez dziewięćdziesiąt dziewięć
procent czasu, nie jak teraz, kiedy myślę kutasem tylko przez pięćdziesiąt
procent czasu lub zawsze, gdy jestem w pobliżu ciebie.
–
To też obrzydliwe.
-
To miał być komplement.
-
Nie udało się.
–
Kochanie – powiedział, ściskając mnie ramionami - Nie wkręcisz mnie, że nie
podoba ci się pomysł, że skupiam się tylko na moim fiucie i gdzie chcę go
włożyć, kiedy jestem z tobą.
Nie
mogłam się doczekać chwili, kiedy będę mogła w niego rzucić czymś, nie
rozdzierając rany, kiedy mnie wkurzy.
Jak
wtedy, gdy miał rację i mówił, że ma rację w prymitywny sposób, który wydawał
mi się irytująco podniecający.
-
Myślę, że potrzebuję drzemki – oznajmiłam.
Jego
ramiona zacisnęły się bardzo mocno, kiedy wybuchnął śmiechem.
Oglądałam
to z bliska i osobiście i nienawidziłam siebie za cieszenie się każdą sekundą.
Jego
śmiech przeszedł w chichoty, jego ręka powędrowała w stronę mojego boku, żeby
mnie pogłaskać, po czym ponownie skupił się na mnie i zapytał - No dobrze.
Skończyłaś już świrować?
Przestałem
świrować. Przestałam cokolwiek.
Oprócz
jednego.
I
podzieliłam się tym z Bennym.
-
To mnie przeraża, Ben.
Pochylił
głowę tak, że jego twarz znalazła się kilka centymetrów od mojej i odpowiedział
- Rozumiem to, kochanie.
-
Nie wiem, jak sobie z tym poradzić – przyznałam.
–
Chcesz to przejść? – zapytał.
To
było trudne pytanie, na które nie zamierzałam odpowiadać na głos, więc trzymałam
buzię na kłódkę.
-
Okej, dam ci w to zagrać, cara –
powiedział Benny, kiedy to zrobiłam – Ale samo to, co poprzednio oświadczyłaś
daje mi już odpowiedź.
I
znowu miał rację.
-
A więc – kontynuował – …co powiesz na to? Trzymaj się mnie.
Potrząsnęłam
głową - Przeprowadzam się do Indianapolis.
W
tym momencie potrząsnął głową - Dzień po dniu, kochanie, nie przyszłość. Tylko
następny dzień, kurwa, następna minuta, każda kolejna minuta. Trzymaj się mnie,
kiedy to będziemy rozpracowywać. Jeśli coś pójdzie nie tak, pójdzie. Jeśli nie
będę w stanie cię poprowadzić, przełknę to. Ale ostrzegam cię, połamię sobie kości,
żeby mieć pewność, że nic takiego się nie stanie.
Boże,
więcej dobroci od Benny’ego.
-
Jest wiele przeszkód – zauważyłam.
-
Francesca, nikt nigdy nie dostał złotego medalu za siedzenie na tyłku i nic
nierobienie. Jak pracujesz nad czymś, jak ciężko nad tym pracujesz, wierzysz w
to, chcesz tego, dążysz do tego, zdobywasz to – wtedy dostajesz swoją nagrodę.
Teraz
mądrość płynąca od Benny’ego.
Nie
mogłam tego znieść, więc opuściłam brodę i oparłam czoło o jego klatkę
piersiową.
Ręka,
której gładził mój bok, otoczyła mnie, a jego druga ręka przesunęła się w górę
i owinęła się wokół mojej szyi, gdy zapytał w moje włosy - Naprawdę potrzebujesz
drzemki?
–
Naprawdę chciałeś mnie zabrać do Lincolna?
-
Tak.
-
Więc nie potrzebuję drzemki.
Jego
dłoń na karku mnie ścisnęła, więc podniosłam głowę.
Kiedy
to zrobiłam, Benny, czego się uczyłam, nie zmarnował okazji, schylił swoją i
wziął moje usta. Włączył swój język. Tym razem było to coś więcej niż tylko dotknięcie.
To było głębokie picie.
Kochałam
to. Każdą sekundę. I zakończyłam to, obejmując go ramionami.
-
Trzymasz się mnie? – szepnął, wciąż trzymając usta przy moich.
-
Tak.
Poczułam,
że jego usta się uśmiechają.
Zamknęłam
oczy.
Wtedy
poczułam jak jego usta dotykają mojego czoła.
Potem
puścił mnie, złapał za rękę, pociągnął w stronę drzwi i powiedział - Chodźmy po
kanapki.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń