wtorek, 22 sierpnia 2023

1 - Wyciągnąć z ciebie wolę walki

 

Rozdział 1

Wyciągnąć z ciebie wolę walki

 

 

 

- Gotowa?

- Tak.

- Wezwałaś taksi?

- Tak.

- Więc jedziemy.

Z wysiłkiem dźwignęłam się ze szpitalnego łóżka, przekręciłam i wycelowałam tyłkiem w wózek inwalidzki, który Cindy wciąż dla mnie trzymała. Czułam, jak moje usta zaciskają się z bólu, ale poza tym nie dałam tego po sobie poznać (miałam nadzieję).

Usadziłam się, ale ból nie ustąpił całkowicie. Na szczęście Cindy podała mi torbę, którą położyłam na kolanach, a potem dała mi dużą kopertę wypełnioną jakimiś papierami. Musiałam się skoncentrować na uchwyceniu tego wszystkiego, więc nie mogłam skoncentrować się na bólu.

Nawiasem mówiąc, ból był wynikiem rany postrzałowej.

To było zaskakujące, że po ranie postrzałowej musiałam spędzić tylko półtora tygodnia w szpitalu. Najwyraźniej, według Cindy i innych pielęgniarek, szybko się leczyłam.

Nie czułam się jakbym szybko zdrowiała.

Czułam się jak gówno.

Ale chciałam wydostać się z tego pieprzonego szpitala. Łóżko nie było wygodne. To miejsce było cholernie głośne, więc nie spałam dobrze.

I nie pomagało w tym to, że zostałam trafiona w brzuch, więc musiałam spać na plecach.

Nigdy nie sypiałam na plecach. Chrapałam, kiedy spałam na plecach. Kobiety nie chrapią. Wiedziałam, że to nie była prawda; kobiety chrapały. Ale ja, jako kobieta, nie zamierzałam być tą, która chrapie. Tak więc, chociaż sypiałam zwykle na plecach, nauczyłam się spać na brzuchu lub boku, żeby nie chrapać.

Tak, robiłam to, chociaż od siedmiu lat nie miałam w łóżku mężczyzny.

Siedmiu!

Mimo to nie chrapałam. Nawet we własnym towarzystwie.

Ostatnim, najważniejszym powodem, by wydostać się z tego pieprzonego szpitala, było to, że miałam w nim więcej towarzystwa niż w swoim mieszkaniu przez ostatnie siedem lat. Sal. Chłopcy Sala. Żona Sala, Gina.

A co najgorsze, Bianchi. Cholerni Bianchi nie zostawiali mnie w spokoju. Vinnie Senior, Theresa, nawet pieprzony Manny.

I jeszcze, oczywiście, był tam Benny.

Jeśli miałam być szczera, to Benny był prawdziwym powodem, dla którego cieszyłam się z ucieczki ze szpitala.

Przez półtora tygodnia unikałam Bianchi, udając, że śpię, a to było jeszcze bardziej wyczerpujące niż brak snu. Moje drzwi się otwierały i nie miało znaczenia, co robiłam. Oglądałam telewizję. Czytałam książkę. Przeglądałam magazyn. Rozmawiałam przez telefon. Natychmiast udawałam, że śpię, a nawet przerywałam połączenie telefoniczne, aby to zrobić.

Oczywiście przestałabym to robić, gdyby to był Sal, jeden z jego ludzi, jego żona lub jedna z moich przyjaciółek.

Nie przestałabym tego, gdyby to byli Bianchi.

Ale wczoraj Benny miał tego dość.

W ciągu ostatniego półtora tygodnia więcej niż raz powiedział mi prosto do ucha, kiedy jego usta były tak blisko mojej skóry, że prawie je czułam: „Kotku, otwórz oczy. Wiem, że udajesz”.

Zwykle robił to i czekał. Ale nie długo.

Znałam Benito Bianchi. Znałam wszystkich Bianchi. Z natury nie byli cierpliwi. A Benny był męskim Bianchi, więc jego cierpliwość była podobna do cierpliwości komara. Dlatego mogłam go przeczekać, bez wysiłku.

I robiłam to. Z powodzeniem. Przez półtora tygodnia.

Wczoraj jednak wiedziałam, że Benny miał dość. To dlatego, że nie wyszeptał mi do ucha, że wie, że udaję.

O nie.

Zamiast tego zgarnął mój tyłek i wyciągnął się w łóżku obok mnie, wsuwając ramię pode mnie, owijając je i przyciągając mnie do siebie.

Potem złapał pilota z mojego szpitalnego stolika i włączył pieprzony mecz baseballowy.

Leżałam obok niego, gryząc się w język (w przenośni skoro, poruszając ustami, nie mogłabym już udawać, że śpię), by mu nie przypomnieć, że zostałam postrzelona i może nie powinien się ze mną przytulać w szpitalnym łóżku.

Trzeba przyznać, że nie było to okropne. Był w tym delikatny i do bani było odkrycie, że Ben może być delikatny fizycznie. Nie musiałam tego o nim wiedzieć, tak naprawdę nie musiałam tego wiedzieć o nim, skoro był bratem mojego zmarłego chłopaka, był włoskim Amerykaninem i wreszcie, był seksowny w tym sensie, w jakim Dolina Śmierci była seksowna. Tak bardzo przewyższył skalę gorąca, że wymyślił ją na nowo. Już byłam zafiksowana na nim, a on był bratem mojego zmarłego chłopaka, więc to sprawiało, że to było złe, mam na myśli złe.

Więc nie musiałam wiedzieć, że jest delikatny.

Ale był. Co było do bani.

I sprawiło, że stał się jeszcze gorętszy.

W końcu był taki delikatny, taki ciepły i taki twardy - w ten dobry sposób, w jaki męskie ciała mogą być twarde (lub w inny dobry sposób) - i wszystko to było tak wygodne, czując to blisko siebie, naprawdę zasnęłam.

Miałam wrażenie, że chrapałam.

To była zła wiadomość.

Dobra wiadomość była taka, że już go nie było, kiedy się obudziłam.

Inną dobrą wiadomością było to, że miałam nadzieję, że chrapanie go odstraszyło. Nikt nie lubił kogoś, kto chrapał.

Mogłabyś to znieść, gdybyś go kochała, ale Benny mnie nie kochał i zamierzałam się upewnić, że tak pozostanie.

Teraz miałam się stamtąd wynieść do diabła. Nie dlatego, że to był mój wybór, ale na pewno nie mówiłam nie.

Cindy zaczęła mnie wozić do drzwi i powiedziała - W tej kopercie jest kilka recept. Jak wrócisz do domu, masz kogoś, kto pójdzie dla ciebie do apteki?

Tak. Miałam. Mogłam zadzwonić do kogokolwiek z rodziny Bianchi (głównie do Bena), a oni poszliby dla mnie do apteki. Zabieraliby mnie też do domu, kładli do łóżka, sprzątali dom, napełniali lodówkę, a potem zostawali na chwilę, by gotować dla mnie i dotrzymać mi towarzystwa.

Mieli wyłom do naprawienia. Przyjęłam kulę za jednego z nich. Kiedyś uważali mnie za rodzinę, a kiedy Bianchi uważa cię za rodzinę i tworzy się szczelina, i chcą ją załatać, zrobią wszystko, żeby to zrobić.

Stąd wizyty Bianchi, które udawałam, że przespałam.

Ale brałam na siebie ich gówno przez lata. Robiłam to, bo ich kochałam. Robiłam to, bo kochałam Vinniego Juniora. Robiłam to, bo stracili syna i brata i musieli zwalić na kogoś swój ból, a ja ich kochałam, więc pozwoliłam, aby to była ja.

Potem wzięłam za nich kulę.

Wystarczy.

Miałam też Sala. Sal zrobiłby dla mnie wszystko. Jego interesy zabiły mojego mężczyznę; był mi coś winien i był typem człowieka, który czuł, że takie długi nigdy się nie przedawniają.

Był także szefem mafii. Więc chociaż go kochałam, nie chciałam tam iść.

Miałam też przyjaciółki. Kiedyś miałam ich więcej – zanim mój zmarły chłopak zdecydował się na ścieżkę kariery, która oznaczała, że został mężczyzną pracującym w mafii – ale wciąż miałam kilka.

Tam też nie zamierzałam iść. Nie udawałam, że śpię, kiedy wpadał, ale jeszcze zanim wpadłam na spektakularny pomysł, by wetknąć nos w sytuację, w której zostałam postrzelona, poczyniłam kroki, aby żyć dalej.

Zbyt długo zabawiłam w Chicago: siedem lat po śmierci Vinniego. Czas było z tym skończyć. Zacząć od nowa. Miałam trzydzieści cztery lata. Zmarnowałam siedem lat. Nie powinnam marnować więcej.

Tym, kogo nie mogłam poprosić, to był ktoś z mojej krwi i kości. Kochałam ich. Naprawdę. Ale dramat, który przynosili ze sobą, nie był tego wart.

Zostałam postrzelona. Ludzie żyli przez całe swoje życie nie tylko nigdy nie strzelając, ale także nie dając się postrzelić.

Moja rodzina wciąż potrafiła dramatyzować ranę postrzałową. Nie byłoby to dla nich żadnym wyzwaniem.

Więc tego też nie potrzebowałam.

- Pewnie - odpowiedziałam Cindy, gdy wiozła mnie przez korytarz.

- Masz tam recepty na środki przeciwbólowe – powiedziała mi, kierując się w stronę wind – Wiesz, że widziałam w telewizji, co ci się przydarzyło. Dałaś z siebie wszystko, będąc bohaterką, pomagając uratować tę kobietę przed tym psycholem. Używaj tych pigułek, kiedy ich będziesz potrzebowała, przestań, kiedy ich nie potrzebujesz. Szkoda, gdybyś z bohaterki stała się ćpunką.

Cindy mówiła prawdę.

Cindy była również afroamerykańską pielęgniarką, która pracowała w tym podmiejskim szpitalu na obrzeżach Chicago, ale kiedyś pracowała w szpitalu w samym mieście. Przez ostatnie półtora tygodnia dowiedziałam się, że Cindy wiele widziała i większość z tego nie była dobra.

Dowiedziałam się też, że Cindy nie owijała w bawełnę.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie zostać ćpunką – zapewniłam ją, gdy naciskała przycisk windy.

- Wykonuj polecenia lekarza. Przeczytaj je dobrze – poleciła - Zabieraj swój tyłek z łóżka i chodź po okolicy. Ale nie przesadzaj. Słyszysz? - skończyła, gdy winda się otwierała.

- Słyszę - mruknęłam.

Zawiozła mnie do windy i fachowo obróciła twarzą do przodu.

- To nie było tak naprawdę zabawne - powiedziałam drzwiom, ale zrobiłam to, rozmawiając z Cindy – …ale będę tęskniła za tobą i dziewczynami.

Co dziwne, to była prawda. Prawdopodobnie nigdy nie zapomnę postrzelenia ani następnych tygodni, w których musiałam walczyć z bólem, walczyć o powrót do zdrowia i robić to z atakiem Bianchi w pełnym rozkwicie. Ale pielęgniarki w tym szpitalu były najlepsze. Nie mogłabym tego powiedzieć autorytatywnie. Nigdy wcześniej nie byłem w szpitalu. Ale były tak dobre, że nie mogłam sobie wyobrazić lepszych.

- Tak, my też będziemy za tobą tęsknić – odpowiedziała - Przeważnie będziemy tęsknić za próbami odgadnięcia, co się działo z tobą, że grałaś Śpiącą Królewnę, kiedy ten chłopak tu wpadał.

Najwyraźniej były również uważne. I nie tylko co do mojego zdrowia.

Zacisnęłam usta.

- Co się z tym dzieje? – podpowiadała Cindy.

- Uh… - Nie odpowiedziałam, gdy drzwi windy ponownie brzęknęły i zaczęły się otwierać.

- Gdyby ten chłopak przychodził codziennie, żeby się ze mną zobaczyć – zaczęła, gdy zaczęła wypychać mnie z windy – rozmawiałabym przez telefon z moją stylistką natychmiast. Zrobiłabym sobie włosy. Paznokcie. Pedikiur. I byłabym w negliżu.

Stłumiłam wizje mnie w negliżu leżącej na szpitalnym łóżku, które były zbyt śmieszne, by je pojąć, nawet dla mnie (a we mnie było bardzo niewiele rzeczy zbyt śmiesznych, by je pojąć), i pomyślałam o Ginie.

Gina przyniosła mi kilka nowych koszul nocnych i szlafrok na czas mojego pobytu w szpitalu. Były ładne w uroczy sposób, który był bardzo w stylu Giny, więc nie moim.

Mi cały czas chodziło o błysk i szok. Mogłabym ubrać się w takie, schodząc do holu po pocztę.

Ale jeśli chodzi o odzież do spania, im mniej materiału, tym lepiej. A jeśli był materiał, to lubiłam, żeby jak najmniej pozostawiał wyobraźni (tak, nawet jeśli spałam tylko ze sobą).

Tak urocze, jak te, które przyniosła Gina, nadawały się również do pobytu w szpitalu, więc były bez błysku, bez szoku i miały dużo materiału.

Zdecydowałam się nosić szpitalne fartuchy.

Były brzydkie, bezkształtne i nikt nie mógł mieć jakichś pomysłów co do kobiety w szpitalnej koszuli.

A ja miałam przeczucie, że Benny miał pomysły.

Cindy zaczęła mnie wieźć w kierunku drzwi wyjściowych i robiła to wciąż mówiąc.

- Więc my, dziewczyny, rozmawiamy o tym, odkąd przywiózł cię całą we krwi. Nie widziałam tej części, ale zrobiło się głośno. Przystojniak. Gorąca dziewczyna. Rana postrzałowa. Krew. Dramat. Powstałe ekipy telewizyjne. Zdarza się.

Byłam pewna, że tak.

Ale nadszedł czas, aby położyć temu kres.

– To brat mojego zmarłego chłopaka.

– Ach – wymamrotała ze zrozumieniem, wciąż się mnie pchając. Kiedy kontynuowała, jej głos zmienił się z rozsądnego, wścibskiego na cichy, wyrażający troskę ton pielęgniarki - Przykro mi słyszeć o twojej stracie, Słonko. Kiedy umarł?

- Siedem lat temu.

Przestała pchać.

- Och, co?

Wykręciłam szyję, żeby na nią spojrzeć i zobaczyłam, że patrzyła na mnie.

– Vinnie zmarł siedem lat temu.

– I udajesz, że śpisz, kiedy jego przystojny brat przychodzi i dzwoni, że niby dlaczego?

– Bo Benny, przystojny brat, chce pogadać – wyjaśniłam.

- O czym? - zapytała.

Nie miałam pojęcia.

Ale ze sposobu, w jaki wodził kciukiem po mojej dolnej wardze, kiedy powiedział, że będziemy rozmawiać. Ze sposobu, w jaki podniósł mnie z leśnej ściółki i pobiegł do swojego SUV-a ze mną w ramionach po tym, jak zostałam postrzelona. Ze sposobu, w jaki złapał mnie lata temu, kiedy byłam pijana po śmierci Vinniego i głupio, szaleńczo, zdzirowato rzuciłam się na niego…

Cóż, biorąc pod uwagę to wszystko, myślałam, że cała ta uwaga nie dotyczyła wspominania siostrzanej miłości, co z uwzględnieniem części ze śledzeniem ust i językami.

– Nie wiem – powiedziałam Cindy.

Jej brwi wystrzeliły w górę – I udawałaś, że śpisz i się nie dowiedziałaś?

- Tak.

Jej głowa przechyliła się na bok i wydedukowała - Bo żaden chłopak, który tak wygląda, nie przychodzi codziennie do szpitala z powodu dziewczyny, która wygląda jak ty, ze względu na to, że ma oko na dziewczynę swojego zmarłego od siedmiu lat brata.

Wskazanie, że Cindy nie tylko to wszystko widziała, ale i zrozumiała.

– Coś w tym stylu – przyznałam.

- Wszystko w tym stylu – odpowiedziała.

Miała rację, ale nie potwierdziłam tego faktu.

– Nie podoba ci się? – zapytała, a ja poczułam, jak oczy mi się powiększyły.

– To Benny – powiedziałam w odpowiedzi, uznając, że to mówiło wszystko.

- Na pewno tak - zgodziła się, wiedząc, że to mówi wszystko, bo widziała go wielokrotnie (chociaż wystarczyłby jeden raz).

– Ale to brat mojego zmarłego chłopaka.

– Dziewczyno – zaczęła, popychając mnie ponownie w stronę drzwi – Boga nie obchodzi, kogo tam wpuścisz, o ile uczucia będą szczere, kiedy go wpuścisz.

Spojrzałam na moją torbę na kolanach - W moim rozumieniu, Boga obchodzi, kogo tam wpuścisz.

- Możliwe – odpowiedziała - Ale nie o takie tam mi chodzi. Mówię o twoim sercu.

Nie zamierzałam wdawać się w to z moją wkrótce byłą pielęgniarką, podczas gdy ona wiozła mnie do taksówki, która miała zawieźć mnie do domu po pobycie w szpitalu, więc ponownie zacisnęłam usta.

Rozchyliłam je, kiedy poczułam, jak zgubiła krok za mną, a wózek lekko drgnął wraz z jej ruchem.

Podniosłam też wzrok, kiedy to się stało.

A tym, co zobaczyłam, był Benny Bianchi w białej koszulce, która opinała jego muskularny tors w sposób, który wzbudził we mnie zazdrość o tę koszulkę. Miał też na sobie wyblakłe dżinsy, które były luźne w sposób, który tylko sugerował moc w tych długich nogach (nie wspominając o sile kryjącej się za tym pakietem), co sprawiało, że chciałaś zapoznać się z obydwoma… intymnie. Opierał się o swojego Explorera tuż za drzwiami.

Miał ręce skrzyżowane na piersi i okulary przeciwsłoneczne na ciemnobrązowych oczach, ale wiedziałam, że te oczy były skierowane na mnie.

Czekał na mnie.

Nie zaparkował nielegalnie przed szpitalem, żeby przyjść z wizytą.

Był tam, czekając na mój wypis.

– Uh… Cindy – wymamrotałam, wlepiając oczy w Bena – Czy ktoś z dyżurki pielęgniarek dzielił się z Bennym, kiedy mnie wypuszczą?

– Mógł zadać to pytanie – uchyliła się.

- A czy odpowiedź została udzielona? – zapytałam, chociaż dowodem było, że odpychał się od Explorera. Wtedy zrozumiałam, dlaczego to Cindy wiozła mnie do drzwi, a nie asystentka pielęgniarki czy sanitariusz. Nie chciała tego przegapić ani przegapić możliwości relacji tego dziewczynom.

- Mm - Cindy wymamrotała tym razem swój unik.

Nie mogłam się na to wściekać. Nie dlatego, że nie warto było się na to wkurzać, ale dlatego, że Benny szedł w naszym kierunku, my jechałyśmy w jego i całą moją uwagę skupiłam na obserwowaniu, jak się porusza.

Poruszał się dobrze. Wyglądał dobrze. Był wysoki. Pracował nad swoim ciałem i ta praca była niezwykle udana. Miał gęste, rozczochrane czarne włosy. I z twarzy był przystojny jak gwiazda filmowa w sposób, który bez wątpienia wywołał milion fantazji ślubnych, nawet od kobiet, które tylko przelotnie dostrzegły go idącego ulicą.

Mój wzrok pozostał utkwiony w nim, gdy drzwi rozsunęły się ze świstem i przetoczyliśmy się przez nie dokładnie w tym samym czasie, gdy Benny dotarł do nas.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wydobyłam z siebie ani słowa, bo Ben złapał moją torbę z moich kolan i podsunął ją Cindy, mrucząc - Możesz to potrzymać, kochanie?

Cindy wzięła ją, a ja znowu otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale znowu nie wydusiłam z siebie ani słowa, ponieważ Ben pochylił się, wsunął jedną rękę pod moje kolana, drugą w talii i wziął mnie w ramiona.

Ale delikatnie.

Ból był, ale minimalny. Głównie dlatego, że przychodził wraz z jego siłą, ciepłem i zapachem wody po goleniu.

Gówno!

Powiedziałam coś wtedy. Było głośno, ale było słabe.

A co to było - Ben!

Nawet na mnie nie spojrzał. Zwrócił się do Cindy i powiedział - Wezmę to teraz - musiała dać mu moją torbę, bo od razu poszedł dalej - Dzięki, piękna. Byłaś świetna. Odtąd to mam.

Po dostarczeniu tego odwrócił się i zaczął iść do swojego SUV-a.

Spojrzałam przez ramię na Cindy.

Cindy stała z rękami na rączkach wózka inwalidzkiego i uśmiechała się do mnie.

- Odwołuję ten wielki bukiet kwiatów i głębokie na trzy warstwy pudełko Fannie May, które zamówiłam na dyżurkę pielęgniarek! - krzyknęłam.

Wyjęła telefon z fartucha, podniosła go i wiedziałam, że zrobiła zdjęcie, gdy Benny otwierał tylne drzwi swojego SUV-a, żeby wrzucić moją torbę, bo zawołała - W porządku. Podzielę się tym ujęciem z dziewczynami - Przeniosła wzrok z telefonu na mnie – To wszystko, czego potrzebujemy, za twoje podziękowanie.

Miałam więcej do powiedzenia mojej byłej pielęgniarce Cindy, ale straciłam ją z oczu i nie mogłam odpowiedzieć, kiedy Benny posadził mnie (delikatnie, Boże!) na przednim siedzeniu pasażera.

Zwróciłam swój wzrok na niego.

– Nie zabierasz mnie do domu – oświadczyłam.

- Masz rację. Nie zabieram – odpowiedział, skupiając uwagę na pasach bezpieczeństwa.

Nie zabierał?

Jestem w twoim pickupie, Ben – zauważyłam.

Jego oczy spotkały się z moimi i ucieszyłam się, że miał okulary przeciwsłoneczne, bo miał piękne oczy. Niesamowite. Głęboki ciemny brąz, który bywało, że tańczył ze śmiechu i rozgrzewał się uczuciem, a oba miały zdolność roztapiania serca.

Niestety, jego oczy również wyglądały dobrze ukryte za jego ciemnymi okularami w srebrnych, drucianych oprawkach.

- Nie zabieram cię do twojego domu. Zabieram cię do mojego domu – wyjaśnił.

Zamrugałam. Gapiłam się. Całkowicie zapomniałam o tym, jak fajnie wyglądały jego okulary przeciwsłoneczne.

Potem straciłam rozum.

- Nie pojadę do twojego domu! - krzyknęłam.

- Tak, jedziesz - odpowiedział, skupiając się z powrotem na pasie bezpieczeństwa, którym mnie zapinał, szarpnął pasek na ramię, żeby ominąć moją głowę.

To było troskliwe. Nie potrzebowałam tego pasa dociskającego się do mojego ciała.

To by zabiło.

Zignorowałam jego troskliwość i oświadczyłam - Jadę do mojego domu.

- Nie. Nie jedziesz.

– Zamówiłam taksówkę – powiedziałam.

- Znalazłem go. Dałem mu dwadzieścia. Wysłałem w drogę.

Pochylał się, żeby zapiąć mój pas, a ponieważ był tak blisko, poczułam dobry zapach jego wody po goleniu. Miałam też dobry widok na tył jego głowy z jego gęstymi, czarnymi, falującymi włosami.

To były włosy, po których przeczesywałaś palcami tylko po to, by to zrobić. Skorzystałabyś z każdej nadarzającej się okazji.

Gdybyś stała blisko i rozmawiała z nim.

Gdybyście leżeli w gdzieś, splątani razem, oglądając telewizję.

Gdybyście się całowali.

Zamknęłam oczy.

Bóg naprawdę, naprawdę mnie nienawidził.

Otworzyłam oczy - Nie możesz odesłać taksówki. Podałam im numer swojej karty kredytowej. I tak mnie obciążą.

Usłyszałam, jak pas zatrzasnął się, a on poprawił swoją pozycję tak, że był zwrócony twarzą do mnie. Nadal opierał się o kabinę pickupa. Wciąż był blisko. I wciąż czułam zapach jego wody po goleniu.

Był korzenny.

Tak, Bóg mnie nienawidził.

– Zwrócę ci pieniądze – powiedział.

– Benny, to nie jest fajne – warknęłam - Właśnie zostałam postrzelona. Nie potrzebuję tego.

– Zostałaś postrzelona półtora tygodnia temu, kochanie. A gdybyś czuła gówno, nie byłabyś w stanie się odezwać.

Zacisnęłam usta.

Ben uśmiechnął się.

Moja łechtaczka zapulsowała.

Tak. Bóg tak bardzo mnie nienawidził. Karał mnie. Robił to na Ziemi, zanim zesłał mnie do ognistych czeluści piekła.

Ben wysunął się z kabiny i zatrzasnął moje drzwi.

W tym momencie mogłam dać dyla. Z drugiej strony nie sądziłam, że niezręczne, bolesne spacery po szpitalnych korytarzach przygotowały mnie do desperackiego skoku od szczupłego, wysportowanego Benito Bianchi. Do diabła, gdybym była w doskonałej formie, nadal nie byłabym w stanie desperacko dać dyla od Benny’ego Bianchi.

Więc nie rzuciłam się desperacko do ucieczki. Gapiłam się na niego przez przednią szybę, gdy okrążał maskę swojego Explorera, i nadal patrzyłam na niego, gdy wciągał swoje długie ciało na siedzenie kierowcy. Zaangażowana w ten akt, kontynuowałam to, gdy włączył zapłon i odjechał pickupem od krawężnika.

Wtedy zauważyłam, że nie zapiął pasów.

- Zgodnie z prawem Illinois trzeba zapinać pasy bezpieczeństwa, Benny – powiedziałam opryskliwie.

Nie spojrzał na mnie, cały czas manewrując wyjazd ze szpitalnego parkingu, ale sięgnął po swój pas bezpieczeństwa i zatrzasnął go na swoim miejscu.

Cóż, do diabła. Przyjął wskazówkę. Nawet opryskliwą wskazówkę.

Tego też nie musiałam wiedzieć.

Wyjechał na ulicę.

– Czy możesz wyjaśnić, dlaczego mnie porywasz? - zechciałam wiedzieć.

– Porywam cię? - zapytał drogę.

– Jestem w twoim pickupie wbrew mojej woli – zauważyłam.

- Racja - Uśmiechnął się. Zobaczyłam to i zaschło mi w ustach – W takim razie chyba cię porywam – dokończył dobrodusznie.

To było niefortunne, że było bardzo prawdopodobne, że rozerwałabym ranę, jeśli spróbowałabym wydrapać mu oczy. Co więcej, nie chciałam przeżyć prawdziwego porwania przez szaleńca, ucieczki przez las, rany postrzałowej, tylko po to, by mieć wypadek samochodowy zaledwie kilka minut po wyjściu ze szpitala.

Dlatego zdecydowałam się tego nie robić i zamiast tego zadawałam pytania.

– Skoro już to wyjaśniliśmy, czy możesz wyjaśnić, dlaczego?

– Bo nie będziesz zdrowiała pod czujnym okiem mafijnego króla.

- Zmierzałam do domu, Ben - powiedziałam.

– I nie sądzisz, że Sal nie miałby tyłka swojego, Giny i dupy każdej żony i dziewczyny mafii z Chicago, zaspokajając każdą twoją zachciankę? - odparł - Jesteś rodziną i przyjęłaś kulkę za rodzinę. Był twoim ojcem chrzestnym. Teraz jest twoim wróżkowym ojcem chrzestnym.

Czysty Benny.

– Nie sądzę, że Sal chciałby usłyszeć, że nazywasz go moim wróżkowym czymkolwiek – poradziłam.

– Mam w dupie, co Sal usłyszy, jak o nim powiedziałem.

Nic dziwnego, że Bianchi, którzy byli właścicielami rodzinnej pizzerii i nie mieli nic wspólnego z Cosa Nostra, nie byli całkiem podekscytowani, gdy Vinnie Junior zdecydował się związać swój los ze swoim wujem Salem. Byli nawet mniej podekscytowani, kiedy został zabity podczas wojny, w której znalazł się Sal.

Nie było zbyt wielu ludzi, którzy zlekceważyliby szefa mafii.

Bianchi byli wyjątkiem. A Benny, który kochał swojego brata, kochał matkę i ojca, siostrę i innego brata, nienawidził utraty Vinniego Juniora. Nienawidził też patrzeć, jak jego rodzina cierpiała z powodu tej samej straty. Jednakże podniósł ten brak szacunku do ekstremalnego poziomu.

To mnie przeraziło jak cholera.

Gdybyś znała Salvatore Giglię tak, jak ja go znałam, pomyślałabyś, że to najmilszy człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałaś.

Ale absolutnie nim nie był.

Dlatego mój głos był niższy, kiedy zauważyłam - Musisz uważać na Sala, Ben.

Zerknął na mnie, po czym spojrzał z powrotem na drogę, pytając - Co? Myślisz, że odbierze mojemu ojcu kolejnego syna?

Na wzmiankę o Vinnie Juniorze zdecydowałam, że skończyłam mówić.

- Nie zrobiłby tego gówna - ciągnął Benny.

Nie. Sal by tego nie zrobił. Szanował Vinniego Seniora. Może w życiu nie dawać sobie wciskać gówna. Żadnego.

Ale przyjąłby gówno od Benny’ego z powodu tego, co stało się z Vinniem Juniorem i ponieważ szanował ojca Vinniego Juniora.

To było zaskakujące. Pomyślałabyś, że w swoim świecie Sal zdobył szacunek wszystkich – z wyjątkiem gliniarzy, FBI i agentów IRS – więc żądał okazywania go.

Ale nie mieszał się na zjazdach rodzinnych z glinami i agentami FBI.

A przyjmował gówno od rodziny Bianchi.

Szczególnie Benny’ego.

– W każdym razie, kotku, nie ma go tutaj – dokończył Ben.

Na szczęście była to prawda.

Postanowiłam dalej nie mówić.

Stało się tak, bo po jego komentarzu nie było nic do powiedzenia. Było to również spowodowane tym, że miałam nową strategię.

Cisza. Aby zachować energię. Dostać się do domu Benny’ego i poprosić go, żeby poszedł dla mnie do apteki. Pomachać mu radośnie. Wezwać taksówkę. Wydostać się stąd w cholerę.

I nie do mojego domu. Pojechałabym do hotelu.

The Drake. Zawsze chciałam zatrzymać się w The Drake i teraz miałam szansę.

Ostatnie hurra.

Dostałam nową pracę w Indianapolis. Byli całkiem spoko, jeśli chodziło o tę całą sprawę z tym, że zostałam postrzelona i musiałam opóźnić rozpoczęcie pracy dla nich. Głównie dlatego, że byłam w telewizji (albo na zdjęciu w gazecie), a oni pomyśleli, że jestem bohaterką, a nie szaloną suką na misji, która prawie dała się zabić.

Więc sprawdziłabym The Drake. Przeżyję tu kilka dni. Wydobędę się. Spakuję się. Pojadę.

Sal by mnie znalazł.

Benie, raczej nie.

Po kilku dniach czułabym się lepiej i miałabym w sobie więcej walki, gdyby Benny nadal nie zrozumiał aluzji.

A potem bym zniknęła.

Benny prowadził. Obserwowałam, jak miasto zaczyna nas pochłaniać, kiedy opuszczaliśmy przedmieścia, na których byłam hospitalizowana, i wjeżdżaliśmy do miejskiego obszaru Chicago.

Starałam się na to nie patrzeć, ale to wszystko było wokół mnie.

Moje miasto.

Urodziłam się tu. Bardzo mi się tu podobało. Uwielbiałam budynek Wrigley. Uwielbiałam Sears Tower. Uwielbiałam Marshall Field’s (kiedy to był Marshall Field’s). Uwielbiałam brzeg jeziora. Uwielbiałam The Berghoff (który na szczęście nadal był The Berghoff). Uwielbiałam roztopy i chochliki Fannie May. Uwielbiałam bluszcz na ścianach boiska na Wrigley Field. Kochałam Bears, nawet kiedy przegrywali. Kochałam Cubs, bo zawsze przegrywali.

I uwielbiałam Pizzerię Vinniego. Zapach lokalu. Klimat tego miejsca. Zdjęcia na ścianach. Wspomnienia.

Ale od siedmiu lat nie postawiłam nogi u Vinniego, bo nie byłam tam mile widziana.

I przyszedł czas na nowe horyzonty.

Więc to było pożegnanie Chicago i witajcie nowe horyzonty.

- Jesteś cicha.

To był Benny.

Nawet na niego nie patrzyłam, a zrobiło mi się ciepło na sam dźwięk jego głosu. Był głęboki i spokojny. Głos, który mógłby cię odwieść od bycia wkurzoną, ponieważ coś poszło nie tak w pracy. Ten rodzaj głosu, który mógł sprawić, że twoje serce ścisnęłoby się, gdybyś słuchała, jak rozmawia z małym dzieckiem. Rodzaj głosu, który sprawiłby, że poczułabyś pokój ze światem, zanim zamknęłabyś oczy do snu po tym, jak wyszeptał ci dobranoc do ucha.

Wyjrzałam przez boczne okno.

- Frankie? - zawołał Benny.

– Jestem zmęczona – powiedziałam do okna. To nie była do końca prawda, ale na szczęście mój głos tak brzmiał.

– Kotku – odpowiedział łagodnie.

Cholera. Teraz jego głos był głęboki, delikatny i miękki.

Bóg tak bardzo mnie nienawidził.

Poczułam, jak jego palec przesunął się po zewnętrznej stronie mojego uda i mocno zamknęłam oczy.

Całkowicie. Nienawidził. Mnie.

- Zabierzemy cię do domu, położymy do łóżka, nakarmimy porządnym jedzeniem, włączymy telewizor i będziesz mogła odpocząć.

Teraz był mój czas i nie zamierzałam go zmarnować - Nie zamierzam z tym walczyć, Ben, bo nie mogę. Będziemy walczyć jutro. Ale potrzebuję realizacji kilku recept i to szybko.

- Mama wpadnie na chwilę. Ona cię nakarmi, a ja pójdę po lekarstwa.

Zakręciło mi się w głowie na słowo „na chwilę” i wpatrywałam się w niego z przerażonym jak cholera niedowierzaniem – Theresa wpadnie?

Spojrzał na mnie, a potem z powrotem na drogę - Tak skarbie. Ona też nie pokochała twojego fałszywego snu, ale dała ci tę grę. Teraz chce się wtrącić. Upewnić się, że wszystko w porządku.

- Nie mogę spotkać się z Theresą.

Oczy Bena znów spoczęły na mnie i zatrzymały się na mnie odrobinę dłużej, niż powinny, biorąc pod uwagę, że prowadził. Potem spojrzał z powrotem na drogę – Frankie, cara, ona chce…

- Nie mogę spotkać się z Theresą.

Jego ręka wysunęła się i otoczyła moją - Cara

Nie walczyłam z jego ręką trzymającą moją. Miałam kolejną walkę, na której musiałam się skupić – Nie mogę, Benie. Zadzwoń do niej. Powiedz jej, żeby nie przychodziła.

Ścisnął moją dłoń - Kochanie, to jest…

Ścisnęłam jego dłoń - Ben - Pochyliłam się w jego stronę - Proszę.

Rzucił na mnie kolejne dłuższe-niż-bezpieczne spojrzenie, po czym jeszcze raz mnie uścisnął, zanim mnie puścił. Przesunął się do przodu na swoim siedzeniu, wyciągnął komórkę z tylnej kieszeni, a ja wstrzymałam oddech.

Jego kciuk poruszył się po ekranie i przyłożył go do ucha.

Wzięłam wdech, bo był mi potrzebny do przeżycia i znowu go wstrzymałam.

- Mamo, tak. Słuchaj, Frankie jest ze mną. Ona jest okej. Czuje się dobrze. Wraca ze mną do domu, ale dla ciebie potrzebuje czasu do jutra. Możesz jej to dać?

Jutro. Kupiłam czas. Byłam ustawiona.

- Dzięki, mamo.

Tak, byłam ustawiona.

Nie uśmiechnęłam się. Odetchnęłam z ulgą. To nie było zwycięstwo. Naprawdę byłam przerażona możliwością zobaczenia Theresy. Kochałam ją. Tęskniłam za nią. I było coś w stracie jej, co bolało głębiej niż strata któregokolwiek z Bianchi, z wyjątkiem Benny’ego, ale nie zamierzałam tam iść. I, oczywiście, straty Vinniego, który nie miał innego wyboru, jak tylko mnie opuścić, z wyjątkiem jednego wyboru, którego powinien był dokonać, zanim podczepił swoją przyszłość do Sala.

Moja mama była gównem. Była przezabawna. Była najlepszym wsparciem, jakie dziewczyna mogła mieć, czy to w barze, czy w kościele. Bez żartów, nawet w wieku pięćdziesięciu trzech lat potrafiła to zebrać i przyszpilić dla ciebie, a ja wiedziałam o tym, bo nie tylko wybrała dla mnie Vinniego, ale zdobyła mężów dla obu moich sióstr, nie wspominając o czterech jej własnych mężach. Piła jak marynarz, przeklinała jak marynarz i nie byłam pewna, ale dowody wskazywały na to, że zabawiała większość chłopców, którzy przeszli przez Stację Marynarki Wojennej przez ostatnie trzy dekady (plus). Wiedziałam o tym, bo mój ojciec był jednym z nich.

Była najlepszą przyjaciółką jakiekolwiek dziewczyny.

Problem polegał na tym, że była moją „najlepszą przyjaciółką”, odkąd skończyłam dwa lata.

Dziewczyna potrzebuje matki.

I tym dla mnie była Theresa Bianchi.

A potem nie była.

Czekałam dwadzieścia jeden lat, żeby to zdobyć.

A potem to zniknęło.

– Masz dzień, kochanie – powiedział cicho Benny - Dzień na przygotowania. Musisz stawić jej czoła, ale co więcej, Francesca, musisz pozwolić jej stawić czoła tobie.

- Spoko – powiedziałam do okna.

- Spoko? - Ben powtórzył pytaniem.

- Tak.

– Cholera – mruknął - Bez pyskowania. Jesteś zmęczona.

– Odzyskam siły po drzemce i wtedy się pokłócimy – skłamałam, bo nie mieliśmy się kłócić. Będę w The Drake, podczas gdy Ben traci rozum w swoim pustym domu.

- Zgoda - wciąż mamrotał, ale teraz w jego głębokim i spokojnym głosie było słychać rozbawienie.

Humor Benny’ego zabijał mnie. Miał wspaniały uśmiech. Miał nawet lepszy śmiech. Wspomniałam już, jak wspaniałe były jego oczy, kiedy tańczyły z humorem.

Miał też świetną twarz. To było coś więcej niż tylko zabójczo przystojna. Była ekspresyjna. Benny Bianchi nie był człowiekiem, który powstrzymuje emocje. Pozwolił, żeby się uwidoczniały. I nie było momentu, żeby to nie wyglądało dobrze.

Ale kiedy był w dobrym humorze, uśmiechał się i śmiał, to było najlepsze. Lubiłam to – jego uśmiechy, jego śmiech. Pracowałam na to, by było. Nawet kiedy Vinnie żył.

Taki wspaniały był Benny, kiedy się śmiał.

To było warte pracy.

Nagle zdecydowałam, że drzemka właśnie w tym momencie była najlepszym rozwiązaniem. Problem polegał na tym, że kiedy opierałam głowę o szybę, ciągle o nią uderzała, co nie sprzyjało spaniu.

Oparłam więc się plecami na siedzeniu i zamknęłam oczy.

Dwie sekundy później Benny szepnął - Strzeliłbym znowu do tego skurwiela za to, że zabrał ci wolę walki.

Słysząc niski pomruk jego słów, które mówiły, że naprawdę je miał na myśli, zacisnęłam oczy mocniej.

Zastrzelił mężczyznę, który postrzelił mnie. Jego strzał nie był śmiertelny. Ale to on go zastrzelił.

- Możemy o tym nie rozmawiać? – szepnęłam.

- Wywierciłbym mu dziury za to, że zabrał ci siłę do walki.

Czułam wilgoć za oczami i nic nie powiedziałam.

Znów wziął mnie za rękę, a ja już się nie odsunęłam. W moich wysiłkach powstrzymywania łez, po prostu nie miałam w sobie na to siły.

– Sprawimy, że znów będziesz w formie do walki, kochanie – obiecał mi, głęboko i swobodnie.

Zrobilibyśmy to, ale kluczowym słowem było „my”.

Nie podzieliłam się tym.

Wzięłam głęboki wdech i go wypuściłam.

Benny trzymał mnie za rękę i robił to przez długi czas. W rzeczywistości robił to, dopóki nie musiał puścić jej, aby nacisnąć mechanizm otwierania drzwi garażowych na jego osłonce przeciwsłonecznej. Otworzyłam oczy, kiedy mnie puścił i patrzyłam, jak to robi. Potem zobaczyłem, jak wjeżdża do swojego garażu.

Czas rozpocząć Operację Drake.

Radziłam sobie dobrze, nawet pozwalając Benowi wyciągnąć mnie z auta i zanieść do jego domu i po schodach.

Mój plan legł w gruzach, kiedy zaniósł mnie do swojej sypialni.

Poszedł z dymem, kiedy pochylił się, żeby położyć mnie na swoim łóżku.

Gdy zdejmował ręce, złapałam go za nadgarstek.

Jego wzrok spotkał się z moim.

Teraz miał okulary wetknięte we włosy. Żaden mężczyzna nie mógłby wsunąć okularów we włosy i wyglądać tak seksownie. Ale Benny mógł.

Bóg… tak… cholernie… totalnie mnie nienawidził.

- Dlaczego jestem w twojej sypialni? - Zapytałam.

- Bo potrzebujesz się zdrzemnąć.

– Mogę się zdrzemnąć w jednej z innych sypialni.

Uśmiechnął się.

Tortura!

- Kotku, mam gówno w mojej drugiej sypialni – powiedział - Jest tym zapakowana. Ledwo mogę się ruszyć, jest tam tyle gówna.

- Skąd masz tyle gówna? - nacisnęłam - Jesteś samotnym facetem. Samotni faceci nie gromadzą gówna.

– Jestem komisarzem Małej Ligi.

Gapiłam się na niego.

Proszę nie mówcie mi, że Benito Bianchi, jako wolontariusz w okresie letnim, spędzał wolny czas z bandą małych chłopców grających w baseball.

Ale wiedziałam, że to mogła być prawda. Po pierwsze, Pizzeria Vinniego sponsorowała co roku drużynę Małej Ligi i robiła to przez ostatnie trzydzieści lat. Po drugie, Vinnie Junior, Benny i Manny grali w Małej Lidze, a potem w liceum grali w baseball (Vinnie, łapacz; Benny, pierwsza baza; Manny, miotacz). I po trzecie, to było coś, co zrobiłby Ben, bo był porządnym facetem.

- Sezon się skończył, miejsce do przechowywania kosztuje, kiedy moglibyśmy przeznaczyć pieniądze na rzeczy dla chłopców, więc całe ich gówno jest teraz wpakowane do mojej drugiej sypialni – zakończył.

– W takim razie umieść mnie w swojej trzeciej sypialni.

- Tam jest moje biuro.

To mnie zaskoczyło - Masz biuro?

Kolejny uśmiech. Kolejna wskazówka, że nie byłam ulubienicą Boga.

Potem powiedział - Nie. To miejsce, w którym stare biurko taty zbiera kurz. Stary komputer Carm zbiera wraz z nim kurz. A reszta przestrzeni jest wypełniona resztą gówna Małej Ligi.

– Okej – powiedziałam powoli – W takim razie mogę się zdrzemnąć na twojej kanapie.

Jego twarz zrobiła się twarda – Nie będziesz spała na mojej kanapie.

- Ben…

– Dochodzisz do siebie po ranie postrzałowej.

- Wiem to.

– Więc nie śpisz na mojej kanapie.

- Na litość boską, to mnie nie zabije.

Zakończył tę konkretną rozmowę słowami - To nie podlega negocjacjom.

W tym momencie zastanawiałam się, dlaczego z nim walczyłam. Jasne, leżenie w łóżku Benny’ego w domu Benny’ego, w którym w powietrzu unosił się niezwykły, ale niewiarygodnie kuszący korzenny zapach jego wody po goleniu zmieszany z zapachem ciasta na pizzę, co było dreszczem emocji, którego nie chciałam przeżyć. Ale wkrótce miał iść do apteki i ten dreszczyk emocji miał być krótkotrwały.

Więc się zamknęłam.

Ben spojrzał na moje usta.

Przełknęłam.

Następnie Benny podniósł się i zaczął iść wokół łóżka.

Wziął coś z szafki nocnej naprzeciwko i rzucił to na łóżko obok mnie - Mama już tu była, napełniała lodówkę i sortowała gówno. Kupiła ci te.

Gapiłam się na czasopisma leżące obok mnie na łóżku.

Było ich kilka, a Theresa się nie opieprzała. Wszystkie były dobre: soczyste, jak People i Us, i eleganckie, jak Vogue i Marie Claire.

Teresa tak dobrze mnie znała.

Znów przełknęłam ślinę, gdy pilot odbił się od czasopism.

- TV – stwierdził Ben, a ja spojrzałam na niego - Mam HBO. Mam Showtime. To inteligentny telewizor. Uniwersalny pilot. Po prostu naciśnij ekran, aby dostać się do inteligentnego telewizora i możesz uzyskać dostęp do Netflixa. Powinnaś zająć się sobą, dopóki nie zdrzemniesz się, kiedy ja będę w aptece.

Spojrzałam w stronę telewizora i zobaczyłam, że miał co najmniej sześćdziesiąt cali.

Jaki człowiek potrzebuje sześćdziesięciocalowego telewizora w swojej sypialni?

To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, jaki rozmiar telewizora miał w swoim salonie.

Kiedy się nad tym zastanawiałam, Benny znów okrążał łóżko – Jak mówiłem, mama zapełniła lodówkę, ale skoro wychodzę, chcesz, żebym coś przyniósł?

O ile znałam Theresę, w lodówce Benny’ego były wszelkie co do jednej rzeczy, jakie chciałby mieć ktokolwiek w okolicy.

Była to jednak doskonała okazja, by kupić więcej czasu.

Zwłaszcza jeśli wysłałam go do czegoś więcej niż tylko do drogerii.

– Pudding z tapioki – oznajmiłam.

Zatrzymał się po mojej stronie łóżka i spojrzał na mnie - Powtórz?

- Pudding z tapioki. Nie rozmiaru przekąski. Duży.

Patrzył na mnie.

Starałam się wymyślić więcej gówna, które mógłby mi kupić.

- I tandetny romans. Nie obchodzi mnie, który, ale im mniej ma na sobie facet z okładki, tym lepiej. Plusem są tatuaże. Skóra to kolejny plus. A jeśli coś wskazuje na to, że jest zmiennokształtnym, kup całą serię.

– Nie kupuję książek ze zdjęciami nagich facetów – powiedział Benny głębokim i nie wyluzowanym tonem.

Było warto spróbować.

Zrezygnowałam z tego i odpuściłam - Fanta winogronowa. Woda gazowana. Orzechy nerkowca w czekoladzie. Ciasteczka od D’Amato’s. A kanapka Lincolna z Subway nie byłaby do pogardzenia.

Jego oczy zwęziły się na moją wzmiankę o D’Amato’s, tak jakby były konkurencją pizzy dla Vinniego.

Pozwolił jednak temu prześlizgnąć się i zamiast tego zauważył - Kochanie, Lincoln jest w Hobart.

- Tak? Więc?

– Francesca, nie pojadę czterdzieści minut do pieprzonej Indiany, żeby kupić ci Subway.

– Musimy zjeść kolację – przypomniałam.

- Tak. Więc później pójdę do Vinniego zrobić ci pizzę.

Moje serce ścisnęło się.

Dotarło do mnie pocztą pantoflową, że Benny uległ presji Vinniego Seniora i nauczył się świętej sztuki Bianchich robienia ciasta na pizzę. Moja przyjaciółka powiedziała nawet, że Vinnie umieścił nowy szyld dla restauracji, zmieniając ją z Pizzeria Vinnie’go na Pizzeria Vinnie’go i Benny’ego.

Odkąd dowiedziałam się, że Benny przejął kuchnię u Vinniego, zapragnęłam spróbować z jego pizzę. Mama zawsze powtarzała, że facet, który gotuje, jest opiekuńczy (rada, której sama nie przyjęła). Gdyby mama kiedykolwiek takiego spotkała, powiedziałaby, że jeśli znajdziesz faceta, który gotuje i wygląda jak Benny, powinnaś rozważyć chirurgiczne zszycie z nim.

Oczywiście nie pozwoliłam sobie pójść do Vinniego i zjeść jednego z placków Benny’ego. To dlatego, że gdybym spróbowała, zostałabym wyrzucona pod pociąg.

Przestałam myśleć o Bennym robiącym pizzę i powiedziałam - Okej, w takim razie jutro wieczorem kanapki.

Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w sufit.

Musiałam to pociągnąć dalej, więc stwierdziłam - Myślę, że to wszystko.

Spojrzał na mnie – Jesteś pewna?

Był sarkastyczny.

Nie zawołałam do niego w tej sprawie i tylko skinęłam głową.

Jego oczy znów się zwęziły.

Starałam się wyglądać niewinnie.

W końcu wymamrotał - Kurwa. Wrócę -  i pochylił się, by wyjąć mi z ręki kopertę z moimi receptami, zanim zaczął ruszać w stronę drzwi.

To był problem, biorąc pod uwagę, że wniósł do środka mnie, ale nie wniósł mojej torby. Moja torebka była w torbie, a ja potrzebowałam jej, żeby zamówić taksówkę.

- Ben, czy mógłbyś przynieść moją torbę przed odjazdem? - Zawołałam jego odchodzące plecy.

Odwrócił się i utkwił we mnie wzrok - Nie. nie mogę. Bo twoje gówno jest w tej torbie, łącznie z portfelem i telefonem. Jeśli masz komórkę, nie potrzebujesz telefonu domowego. Więc kiedy masz jakieś genialne pomysły do zrealizowania, nie możesz wezwać taksówki, nie możesz zapłacić za taksówkę, a już na pewno nie możesz iść pieszo, gdziekolwiek mogłabyś złapać taksówkę. Ale nieważne. Wejdę do starszej pani Zambino po drugiej stronie ulicy i powiem jej, żeby miała na siebie oko. Wiesz, że będzie przyklejona do okna, kiedy o to poproszę. I zadzwoni do mnie, jeśli zobaczy, że próbujesz uciec. Uderzę też do Tony’ego z sąsiedztwa. Będzie miał oko z tyłu. Więc kiedy będziesz miała świetny pomysł, cara, pozbądź się go. Bo twój tyłek będzie leżał w tym łóżku, dopóki nie usiądziesz z mamą, niech tato powie swoje słowa, żeby to naprawić, a ty i ja spotkamy się co do przyszłości.

Wtedy poczułam, że moje oczy się zwężają, nawet gdy to, co powiedział, sprawiło, że moje serce zaczęło bić dziwnie.

– Więc mówisz, że naprawdę mnie porwałeś.

- Chcesz patrzeć na to w ten sposób, śmiało. Nie przejmuj się. Dostałaś kulkę w brzuch, kotku. Nie trafiła cię to w żołądek, ale narobiła szkód, więc dałem ci półtora tygodnia na ogarnięcie twojego gówna. Teraz skończyłem z tym.

– Wydaje mi się, że zauważyłam to, odkąd mnie porwałeś – odparłam.

- Chcesz swój pudding i cholerny napój winogronowy? - zapytał.

- Tak, bo dzięki temu będę miała czym w ciebie rzucić - odpowiedziałam.

- Okej, oba są poza moją listą zakupów – odparował - Chcesz swoje leki przeciwbólowe?

Zacisnęłam usta, bo ból był nie do zniesienia. Mogłam to ignorować, planując ucieczkę albo kłócąc się z Bennym. Kiedy żadna z opcji nie była dla mnie otwarta, miałam wrażenie, że nie mogłam.

Patrzył, jak zamykam usta, wahał się tylko przez chwilę, a potem wrócił do łóżka.

On jednak nie wahał się pochylić i owinąć dłoń wokół mojej szyi i przysunąć twarz tak blisko, że mogłam zobaczyć te oczy teraz ciepłe i delikatne w sposób, w jaki moje serce naprawdę chciało się stopić. Po prostu nie mogłam na to nie pozwolić.

– Jesteś szalenie odważna, kochanie – powiedział cicho – Udowodniłaś to półtora tygodnia temu. Jesteś szalenie piękna i przypuszczam, że taka byłaś przez całe życie. Jesteś szalenie zabawna. Jesteś szalenie słodka. Ale jesteś po prostu szalona, jeśli myślisz, że możesz zrobić to, co zrobiłaś dla tej rodziny, być taka, jak byłaś ze mną tej nocy, zanim zabrali Cala i Vi, i myśleć, że pozwolę ci przenieść się do pieprzonego Indianapolis bez rozmowy. Wiesz, co to jest. Dlatego wariujesz i chowasz się. Ja wiem, co to jest. Dlatego nie pozwolę temu gównu odejść - Jego palce zacisnęły się i podszedł jeszcze bliżej - Porozmawiamy. Nawet jak ci się to nie podoba, mam to w dupie. Siedem lat się pieprzyłem. Teraz to gówno się kończy.

I z tymi słowami przyciągnął mnie do siebie (ale delikatnie, Boże!), pocałował w czoło, puścił i, zanim zdążyłam powiedzieć słowo, zniknął za drzwiami.

Gapiłam się na to, czując, jak jego słowa gromadzą się w moim brzuchu, i podobało mi się to uczucie, w jaki sposób to robiły,.

Potem spojrzałam na niego gniewnie, żałując, że nie mam czym rzucić, nawet jeśli już dawno go nie było i bym go nie uderzyła.

Jedyne, co miałam, to czasopisma i pilot, a gdybym któreś wyrzuciła, musiałabym wstać z łóżka i iść po nie.

Więc zamiast tego wybrałam jedyną otwartą dla mnie opcję.

Chwyciłam uniwersalnego pilota Bena, skierowałam go na telewizor i zaczęłam pieprzyć wszystkie jego ustawienia, więc uporządkowanie tego gówna zajęłoby mu co najmniej godzinę.

Skończywszy z tym, wypełniłam jego kolejkę ulubionych Netflixa programami, które sprawiłyby, że Bezpieczeństwo Narodowe umieściłoby go na liście obserwacyjnej.

Kiedy czekałam na jego powrót, wybrałam program telewizyjny najbardziej nie pasujący do Benny’ego (dokładnie Dr. Who) z tych, które Netflix miał do zaoferowania, pozwoliłam mu grać w tle i przejrzałam moje People.

Robiąc to, zasnęłam jak zabita.

Dosłownie.


 

4 komentarze: