Rozdział
1
Wyciągnąć
z ciebie wolę walki
-
Gotowa?
-
Tak.
-
Wezwałaś taksi?
-
Tak.
-
Więc jedziemy.
Z
wysiłkiem dźwignęłam się ze szpitalnego łóżka, przekręciłam i wycelowałam
tyłkiem w wózek inwalidzki, który Cindy wciąż dla mnie trzymała. Czułam, jak
moje usta zaciskają się z bólu, ale poza tym nie dałam tego po sobie poznać
(miałam nadzieję).
Usadziłam
się, ale ból nie ustąpił całkowicie. Na szczęście Cindy podała mi torbę, którą
położyłam na kolanach, a potem dała mi dużą kopertę wypełnioną jakimiś
papierami. Musiałam się skoncentrować na uchwyceniu tego wszystkiego, więc nie
mogłam skoncentrować się na bólu.
Nawiasem
mówiąc, ból był wynikiem rany postrzałowej.
To
było zaskakujące, że po ranie postrzałowej musiałam spędzić tylko półtora
tygodnia w szpitalu. Najwyraźniej, według Cindy i innych pielęgniarek, szybko
się leczyłam.
Nie
czułam się jakbym szybko zdrowiała.
Czułam
się jak gówno.
Ale
chciałam wydostać się z tego pieprzonego szpitala. Łóżko nie było wygodne. To
miejsce było cholernie głośne, więc nie spałam dobrze.
I
nie pomagało w tym to, że zostałam trafiona w brzuch, więc musiałam spać na
plecach.
Nigdy
nie sypiałam na plecach. Chrapałam, kiedy spałam na plecach. Kobiety nie
chrapią. Wiedziałam, że to nie była prawda; kobiety chrapały. Ale ja, jako
kobieta, nie zamierzałam być tą, która chrapie. Tak więc, chociaż sypiałam zwykle
na plecach, nauczyłam się spać na brzuchu lub boku, żeby nie chrapać.
Tak,
robiłam to, chociaż od siedmiu lat nie miałam w łóżku mężczyzny.
Siedmiu!
Mimo
to nie chrapałam. Nawet we własnym towarzystwie.
Ostatnim,
najważniejszym powodem, by wydostać się z tego pieprzonego szpitala, było to,
że miałam w nim więcej towarzystwa niż w swoim mieszkaniu przez ostatnie siedem
lat. Sal. Chłopcy Sala. Żona Sala, Gina.
A
co najgorsze, Bianchi. Cholerni Bianchi nie zostawiali mnie w spokoju. Vinnie
Senior, Theresa, nawet pieprzony Manny.
I
jeszcze, oczywiście, był tam Benny.
Jeśli
miałam być szczera, to Benny był prawdziwym powodem, dla którego cieszyłam się
z ucieczki ze szpitala.
Przez
półtora tygodnia unikałam Bianchi, udając, że śpię, a to było jeszcze bardziej
wyczerpujące niż brak snu. Moje drzwi się otwierały i nie miało znaczenia, co
robiłam. Oglądałam telewizję. Czytałam książkę. Przeglądałam magazyn. Rozmawiałam
przez telefon. Natychmiast udawałam, że śpię, a nawet przerywałam połączenie
telefoniczne, aby to zrobić.
Oczywiście
przestałabym to robić, gdyby to był Sal, jeden z jego ludzi, jego żona lub jedna
z moich przyjaciółek.
Nie
przestałabym tego, gdyby to byli Bianchi.
Ale
wczoraj Benny miał tego dość.
W
ciągu ostatniego półtora tygodnia więcej niż raz powiedział mi prosto do ucha, kiedy
jego usta były tak blisko mojej skóry, że prawie je czułam: „Kotku, otwórz
oczy. Wiem, że udajesz”.
Zwykle
robił to i czekał. Ale nie długo.
Znałam
Benito Bianchi. Znałam wszystkich Bianchi. Z natury nie byli cierpliwi. A Benny
był męskim Bianchi, więc jego cierpliwość była podobna do cierpliwości komara.
Dlatego mogłam go przeczekać, bez wysiłku.
I
robiłam to. Z powodzeniem. Przez półtora tygodnia.
Wczoraj
jednak wiedziałam, że Benny miał dość. To dlatego, że nie wyszeptał mi do ucha,
że wie, że udaję.
O
nie.
Zamiast
tego zgarnął mój tyłek i wyciągnął się w łóżku obok mnie, wsuwając ramię pode
mnie, owijając je i przyciągając mnie do siebie.
Potem
złapał pilota z mojego szpitalnego stolika i włączył pieprzony mecz
baseballowy.
Leżałam
obok niego, gryząc się w język (w przenośni skoro, poruszając ustami, nie mogłabym
już udawać, że śpię), by mu nie przypomnieć, że zostałam postrzelona i może nie
powinien się ze mną przytulać w szpitalnym łóżku.
Trzeba
przyznać, że nie było to okropne. Był w tym delikatny i do bani było odkrycie,
że Ben może być delikatny fizycznie. Nie musiałam tego o nim wiedzieć, tak naprawdę nie musiałam tego wiedzieć o
nim, skoro był bratem mojego zmarłego chłopaka, był włoskim Amerykaninem i
wreszcie, był seksowny w tym sensie, w jakim Dolina Śmierci była seksowna. Tak
bardzo przewyższył skalę gorąca, że wymyślił ją na nowo. Już byłam zafiksowana
na nim, a on był bratem mojego zmarłego chłopaka, więc to sprawiało, że to było
złe, mam na myśli złe.
Więc
nie musiałam wiedzieć, że jest delikatny.
Ale
był. Co było do bani.
I
sprawiło, że stał się jeszcze gorętszy.
W
końcu był taki delikatny, taki ciepły i taki twardy - w ten dobry sposób, w
jaki męskie ciała mogą być twarde (lub w inny dobry sposób) - i wszystko to było
tak wygodne, czując to blisko siebie, naprawdę zasnęłam.
Miałam
wrażenie, że chrapałam.
To
była zła wiadomość.
Dobra
wiadomość była taka, że już go nie było, kiedy się obudziłam.
Inną
dobrą wiadomością było to, że miałam nadzieję, że chrapanie go odstraszyło.
Nikt nie lubił kogoś, kto chrapał.
Mogłabyś
to znieść, gdybyś go kochała, ale Benny mnie nie kochał i zamierzałam się
upewnić, że tak pozostanie.
Teraz
miałam się stamtąd wynieść do diabła. Nie dlatego, że to był mój wybór, ale na
pewno nie mówiłam nie.
Cindy
zaczęła mnie wozić do drzwi i powiedziała - W tej kopercie jest kilka recept.
Jak wrócisz do domu, masz kogoś, kto pójdzie dla ciebie do apteki?
Tak.
Miałam. Mogłam zadzwonić do kogokolwiek z rodziny Bianchi (głównie do Bena), a
oni poszliby dla mnie do apteki. Zabieraliby mnie też do domu, kładli do łóżka,
sprzątali dom, napełniali lodówkę, a potem zostawali na chwilę, by gotować dla
mnie i dotrzymać mi towarzystwa.
Mieli
wyłom do naprawienia. Przyjęłam kulę za jednego z nich. Kiedyś uważali mnie za
rodzinę, a kiedy Bianchi uważa cię za rodzinę i tworzy się szczelina, i chcą ją
załatać, zrobią wszystko, żeby to zrobić.
Stąd
wizyty Bianchi, które udawałam, że przespałam.
Ale
brałam na siebie ich gówno przez lata. Robiłam to, bo ich kochałam. Robiłam to,
bo kochałam Vinniego Juniora. Robiłam to, bo stracili syna i brata i musieli
zwalić na kogoś swój ból, a ja ich kochałam, więc pozwoliłam, aby to była ja.
Potem
wzięłam za nich kulę.
Wystarczy.
Miałam
też Sala. Sal zrobiłby dla mnie wszystko. Jego interesy zabiły mojego mężczyznę;
był mi coś winien i był typem człowieka, który czuł, że takie długi nigdy się
nie przedawniają.
Był
także szefem mafii. Więc chociaż go kochałam, nie chciałam tam iść.
Miałam
też przyjaciółki. Kiedyś miałam ich więcej – zanim mój zmarły chłopak
zdecydował się na ścieżkę kariery, która oznaczała, że został mężczyzną pracującym
w mafii – ale wciąż miałam kilka.
Tam
też nie zamierzałam iść. Nie udawałam, że śpię, kiedy wpadał, ale jeszcze zanim
wpadłam na spektakularny pomysł, by wetknąć nos w sytuację, w której zostałam
postrzelona, poczyniłam kroki, aby żyć dalej.
Zbyt
długo zabawiłam w Chicago: siedem lat po śmierci Vinniego. Czas było z tym
skończyć. Zacząć od nowa. Miałam trzydzieści cztery lata. Zmarnowałam siedem
lat. Nie powinnam marnować więcej.
Tym,
kogo nie mogłam poprosić, to był ktoś z mojej krwi i kości. Kochałam ich.
Naprawdę. Ale dramat, który przynosili ze sobą, nie był tego wart.
Zostałam
postrzelona. Ludzie żyli przez całe swoje życie nie tylko nigdy nie strzelając,
ale także nie dając się postrzelić.
Moja
rodzina wciąż potrafiła dramatyzować ranę postrzałową. Nie byłoby to dla nich
żadnym wyzwaniem.
Więc
tego też nie potrzebowałam.
-
Pewnie - odpowiedziałam Cindy, gdy wiozła mnie przez korytarz.
-
Masz tam recepty na środki przeciwbólowe – powiedziała mi, kierując się w
stronę wind – Wiesz, że widziałam w telewizji, co ci się przydarzyło. Dałaś z
siebie wszystko, będąc bohaterką, pomagając uratować tę kobietę przed tym
psycholem. Używaj tych pigułek, kiedy ich będziesz potrzebowała, przestań,
kiedy ich nie potrzebujesz. Szkoda, gdybyś z bohaterki stała się ćpunką.
Cindy
mówiła prawdę.
Cindy
była również afroamerykańską pielęgniarką, która pracowała w tym podmiejskim
szpitalu na obrzeżach Chicago, ale kiedyś pracowała w szpitalu w samym mieście.
Przez ostatnie półtora tygodnia dowiedziałam się, że Cindy wiele widziała i
większość z tego nie była dobra.
Dowiedziałam
się też, że Cindy nie owijała w bawełnę.
–
Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie zostać ćpunką – zapewniłam ją, gdy
naciskała przycisk windy.
-
Wykonuj polecenia lekarza. Przeczytaj je dobrze – poleciła - Zabieraj swój
tyłek z łóżka i chodź po okolicy. Ale nie przesadzaj. Słyszysz? - skończyła,
gdy winda się otwierała.
-
Słyszę - mruknęłam.
Zawiozła
mnie do windy i fachowo obróciła twarzą do przodu.
-
To nie było tak naprawdę zabawne - powiedziałam drzwiom, ale zrobiłam to,
rozmawiając z Cindy – …ale będę tęskniła za tobą i dziewczynami.
Co
dziwne, to była prawda. Prawdopodobnie nigdy nie zapomnę postrzelenia ani
następnych tygodni, w których musiałam walczyć z bólem, walczyć o powrót do
zdrowia i robić to z atakiem Bianchi w pełnym rozkwicie. Ale pielęgniarki w tym
szpitalu były najlepsze. Nie mogłabym tego powiedzieć autorytatywnie. Nigdy
wcześniej nie byłem w szpitalu. Ale były tak dobre, że nie mogłam sobie
wyobrazić lepszych.
-
Tak, my też będziemy za tobą tęsknić – odpowiedziała - Przeważnie będziemy
tęsknić za próbami odgadnięcia, co się działo z tobą, że grałaś Śpiącą
Królewnę, kiedy ten chłopak tu wpadał.
Najwyraźniej
były również uważne. I nie tylko co do mojego zdrowia.
Zacisnęłam
usta.
-
Co się z tym dzieje? – podpowiadała Cindy.
-
Uh… - Nie odpowiedziałam, gdy drzwi windy ponownie brzęknęły i zaczęły się
otwierać.
-
Gdyby ten chłopak przychodził codziennie, żeby się ze mną zobaczyć – zaczęła, gdy zaczęła wypychać mnie z windy –
rozmawiałabym przez telefon z moją stylistką natychmiast. Zrobiłabym sobie włosy. Paznokcie. Pedikiur. I byłabym
w negliżu.
Stłumiłam
wizje mnie w negliżu leżącej na szpitalnym łóżku, które były zbyt śmieszne, by
je pojąć, nawet dla mnie (a we mnie było bardzo niewiele rzeczy zbyt
śmiesznych, by je pojąć), i pomyślałam o Ginie.
Gina
przyniosła mi kilka nowych koszul nocnych i szlafrok na czas mojego pobytu w
szpitalu. Były ładne w uroczy sposób, który był bardzo w stylu Giny, więc nie moim.
Mi
cały czas chodziło o błysk i szok. Mogłabym ubrać się w takie, schodząc do holu
po pocztę.
Ale
jeśli chodzi o odzież do spania, im mniej materiału, tym lepiej. A jeśli był
materiał, to lubiłam, żeby jak najmniej pozostawiał wyobraźni (tak, nawet jeśli
spałam tylko ze sobą).
Tak
urocze, jak te, które przyniosła Gina, nadawały się również do pobytu w
szpitalu, więc były bez błysku, bez szoku i miały dużo materiału.
Zdecydowałam
się nosić szpitalne fartuchy.
Były
brzydkie, bezkształtne i nikt nie mógł mieć jakichś pomysłów co do kobiety w
szpitalnej koszuli.
A
ja miałam przeczucie, że Benny miał pomysły.
Cindy
zaczęła mnie wieźć w kierunku drzwi wyjściowych i robiła to wciąż mówiąc.
-
Więc my, dziewczyny, rozmawiamy o tym, odkąd przywiózł cię całą we krwi. Nie
widziałam tej części, ale zrobiło się głośno.
Przystojniak. Gorąca dziewczyna. Rana postrzałowa. Krew. Dramat. Powstałe ekipy
telewizyjne. Zdarza się.
Byłam
pewna, że tak.
Ale
nadszedł czas, aby położyć temu kres.
–
To brat mojego zmarłego chłopaka.
–
Ach – wymamrotała ze zrozumieniem, wciąż się mnie pchając. Kiedy kontynuowała,
jej głos zmienił się z rozsądnego, wścibskiego na cichy, wyrażający troskę ton pielęgniarki
- Przykro mi słyszeć o twojej stracie, Słonko. Kiedy umarł?
-
Siedem lat temu.
Przestała
pchać.
-
Och, co?
Wykręciłam
szyję, żeby na nią spojrzeć i zobaczyłam, że patrzyła na mnie.
–
Vinnie zmarł siedem lat temu.
–
I udajesz, że śpisz, kiedy jego przystojny brat przychodzi i dzwoni, że niby
dlaczego?
–
Bo Benny, przystojny brat, chce pogadać – wyjaśniłam.
-
O czym? - zapytała.
Nie
miałam pojęcia.
Ale
ze sposobu, w jaki wodził kciukiem po mojej dolnej wardze, kiedy powiedział, że
będziemy rozmawiać. Ze sposobu, w jaki podniósł mnie z leśnej ściółki i pobiegł
do swojego SUV-a ze mną w ramionach po tym, jak zostałam postrzelona. Ze sposobu,
w jaki złapał mnie lata temu, kiedy byłam pijana po śmierci Vinniego i głupio,
szaleńczo, zdzirowato rzuciłam się na niego…
Cóż,
biorąc pod uwagę to wszystko, myślałam, że cała ta uwaga nie dotyczyła wspominania
siostrzanej miłości, co z uwzględnieniem części ze śledzeniem ust i językami.
–
Nie wiem – powiedziałam Cindy.
Jej
brwi wystrzeliły w górę – I udawałaś, że śpisz i się nie dowiedziałaś?
-
Tak.
Jej
głowa przechyliła się na bok i wydedukowała - Bo żaden chłopak, który tak
wygląda, nie przychodzi codziennie do szpitala z powodu dziewczyny, która
wygląda jak ty, ze względu na to, że ma oko na dziewczynę swojego zmarłego od
siedmiu lat brata.
Wskazanie,
że Cindy nie tylko to wszystko widziała, ale i zrozumiała.
–
Coś w tym stylu – przyznałam.
-
Wszystko w tym stylu – odpowiedziała.
Miała
rację, ale nie potwierdziłam tego faktu.
–
Nie podoba ci się? – zapytała, a ja poczułam, jak oczy mi się powiększyły.
–
To Benny – powiedziałam w odpowiedzi, uznając, że to mówiło wszystko.
-
Na pewno tak - zgodziła się, wiedząc, że to mówi wszystko, bo widziała go
wielokrotnie (chociaż wystarczyłby jeden raz).
–
Ale to brat mojego zmarłego chłopaka.
–
Dziewczyno – zaczęła, popychając mnie ponownie w stronę drzwi – Boga nie
obchodzi, kogo tam wpuścisz, o ile uczucia będą szczere, kiedy go wpuścisz.
Spojrzałam
na moją torbę na kolanach - W moim rozumieniu, Boga obchodzi, kogo tam wpuścisz.
-
Możliwe – odpowiedziała - Ale nie o takie tam
mi chodzi. Mówię o twoim sercu.
Nie
zamierzałam wdawać się w to z moją wkrótce byłą pielęgniarką, podczas gdy ona
wiozła mnie do taksówki, która miała zawieźć mnie do domu po pobycie w
szpitalu, więc ponownie zacisnęłam usta.
Rozchyliłam
je, kiedy poczułam, jak zgubiła krok za mną, a wózek lekko drgnął wraz z jej
ruchem.
Podniosłam
też wzrok, kiedy to się stało.
A
tym, co zobaczyłam, był Benny Bianchi w białej koszulce, która opinała jego
muskularny tors w sposób, który wzbudził we mnie zazdrość o tę koszulkę. Miał
też na sobie wyblakłe dżinsy, które były luźne w sposób, który tylko sugerował
moc w tych długich nogach (nie wspominając o sile kryjącej się za tym
pakietem), co sprawiało, że chciałaś zapoznać się z obydwoma… intymnie. Opierał się o swojego
Explorera tuż za drzwiami.
Miał
ręce skrzyżowane na piersi i okulary przeciwsłoneczne na ciemnobrązowych
oczach, ale wiedziałam, że te oczy były skierowane na mnie.
Czekał
na mnie.
Nie
zaparkował nielegalnie przed szpitalem, żeby przyjść z wizytą.
Był
tam, czekając na mój wypis.
–
Uh… Cindy – wymamrotałam, wlepiając oczy w Bena – Czy ktoś z dyżurki
pielęgniarek dzielił się z Bennym, kiedy mnie wypuszczą?
–
Mógł zadać to pytanie – uchyliła się.
-
A czy odpowiedź została udzielona? – zapytałam, chociaż dowodem było, że odpychał
się od Explorera. Wtedy zrozumiałam, dlaczego to Cindy wiozła mnie do drzwi, a
nie asystentka pielęgniarki czy sanitariusz. Nie chciała tego przegapić ani
przegapić możliwości relacji tego dziewczynom.
-
Mm - Cindy wymamrotała tym razem swój unik.
Nie
mogłam się na to wściekać. Nie dlatego, że nie warto było się na to wkurzać,
ale dlatego, że Benny szedł w naszym kierunku, my jechałyśmy w jego i całą moją
uwagę skupiłam na obserwowaniu, jak się porusza.
Poruszał
się dobrze. Wyglądał dobrze. Był wysoki. Pracował nad swoim ciałem i ta praca
była niezwykle udana. Miał gęste, rozczochrane czarne włosy. I z twarzy był
przystojny jak gwiazda filmowa w sposób, który bez wątpienia wywołał milion
fantazji ślubnych, nawet od kobiet, które tylko przelotnie dostrzegły go
idącego ulicą.
Mój
wzrok pozostał utkwiony w nim, gdy drzwi rozsunęły się ze świstem i
przetoczyliśmy się przez nie dokładnie w tym samym czasie, gdy Benny dotarł do
nas.
Otworzyłam
usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wydobyłam z siebie ani słowa, bo Ben złapał
moją torbę z moich kolan i podsunął ją Cindy, mrucząc - Możesz to potrzymać,
kochanie?
Cindy
wzięła ją, a ja znowu otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale znowu nie
wydusiłam z siebie ani słowa, ponieważ Ben pochylił się, wsunął jedną rękę pod
moje kolana, drugą w talii i wziął mnie w ramiona.
Ale
delikatnie.
Ból
był, ale minimalny. Głównie dlatego, że przychodził wraz z jego siłą, ciepłem i
zapachem wody po goleniu.
Gówno!
Powiedziałam
coś wtedy. Było głośno, ale było słabe.
A
co to było - Ben!
Nawet
na mnie nie spojrzał. Zwrócił się do Cindy i powiedział - Wezmę to teraz - musiała
dać mu moją torbę, bo od razu poszedł dalej - Dzięki, piękna. Byłaś świetna. Odtąd
to mam.
Po
dostarczeniu tego odwrócił się i zaczął iść do swojego SUV-a.
Spojrzałam
przez ramię na Cindy.
Cindy
stała z rękami na rączkach wózka inwalidzkiego i uśmiechała się do mnie.
-
Odwołuję ten wielki bukiet kwiatów i głębokie na trzy warstwy pudełko Fannie
May, które zamówiłam na dyżurkę pielęgniarek! - krzyknęłam.
Wyjęła
telefon z fartucha, podniosła go i wiedziałam, że zrobiła zdjęcie, gdy Benny
otwierał tylne drzwi swojego SUV-a, żeby wrzucić moją torbę, bo zawołała - W
porządku. Podzielę się tym ujęciem z dziewczynami - Przeniosła wzrok z telefonu
na mnie – To wszystko, czego potrzebujemy, za twoje podziękowanie.
Miałam
więcej do powiedzenia mojej byłej pielęgniarce Cindy, ale straciłam ją z oczu i
nie mogłam odpowiedzieć, kiedy Benny posadził mnie (delikatnie, Boże!) na
przednim siedzeniu pasażera.
Zwróciłam
swój wzrok na niego.
–
Nie zabierasz mnie do domu – oświadczyłam.
-
Masz rację. Nie zabieram – odpowiedział, skupiając uwagę na pasach
bezpieczeństwa.
Nie
zabierał?
–
Jestem w twoim pickupie, Ben –
zauważyłam.
Jego
oczy spotkały się z moimi i ucieszyłam się, że miał okulary przeciwsłoneczne,
bo miał piękne oczy. Niesamowite. Głęboki ciemny brąz, który bywało, że tańczył
ze śmiechu i rozgrzewał się uczuciem, a oba miały zdolność roztapiania serca.
Niestety,
jego oczy również wyglądały dobrze ukryte za jego ciemnymi okularami w srebrnych,
drucianych oprawkach.
-
Nie zabieram cię do twojego domu. Zabieram cię do mojego domu – wyjaśnił.
Zamrugałam.
Gapiłam się. Całkowicie zapomniałam o tym, jak fajnie wyglądały jego okulary
przeciwsłoneczne.
Potem
straciłam rozum.
-
Nie pojadę do twojego domu! - krzyknęłam.
-
Tak, jedziesz - odpowiedział, skupiając się z powrotem na pasie bezpieczeństwa,
którym mnie zapinał, szarpnął pasek na ramię, żeby ominąć moją głowę.
To
było troskliwe. Nie potrzebowałam tego pasa dociskającego się do mojego ciała.
To
by zabiło.
Zignorowałam
jego troskliwość i oświadczyłam - Jadę do mojego domu.
-
Nie. Nie jedziesz.
–
Zamówiłam taksówkę – powiedziałam.
-
Znalazłem go. Dałem mu dwadzieścia. Wysłałem w drogę.
Pochylał
się, żeby zapiąć mój pas, a ponieważ był tak blisko, poczułam dobry zapach jego
wody po goleniu. Miałam też dobry widok na tył jego głowy z jego gęstymi,
czarnymi, falującymi włosami.
To
były włosy, po których przeczesywałaś palcami tylko po to, by to zrobić.
Skorzystałabyś z każdej nadarzającej się okazji.
Gdybyś
stała blisko i rozmawiała z nim.
Gdybyście
leżeli w gdzieś, splątani razem, oglądając telewizję.
Gdybyście
się całowali.
Zamknęłam
oczy.
Bóg
naprawdę, naprawdę mnie nienawidził.
Otworzyłam
oczy - Nie możesz odesłać taksówki. Podałam im numer swojej karty kredytowej. I
tak mnie obciążą.
Usłyszałam,
jak pas zatrzasnął się, a on poprawił swoją pozycję tak, że był zwrócony twarzą
do mnie. Nadal opierał się o kabinę pickupa. Wciąż był blisko. I wciąż czułam
zapach jego wody po goleniu.
Był
korzenny.
Tak,
Bóg mnie nienawidził.
–
Zwrócę ci pieniądze – powiedział.
–
Benny, to nie jest fajne – warknęłam - Właśnie zostałam postrzelona. Nie
potrzebuję tego.
–
Zostałaś postrzelona półtora tygodnia temu, kochanie. A gdybyś czuła gówno, nie
byłabyś w stanie się odezwać.
Zacisnęłam
usta.
Ben
uśmiechnął się.
Moja
łechtaczka zapulsowała.
Tak.
Bóg tak bardzo mnie nienawidził. Karał mnie. Robił to na Ziemi, zanim zesłał
mnie do ognistych czeluści piekła.
Ben
wysunął się z kabiny i zatrzasnął moje drzwi.
W
tym momencie mogłam dać dyla. Z drugiej strony nie sądziłam, że niezręczne,
bolesne spacery po szpitalnych korytarzach przygotowały mnie do desperackiego
skoku od szczupłego, wysportowanego Benito Bianchi. Do diabła, gdybym była w
doskonałej formie, nadal nie byłabym w stanie desperacko dać dyla od Benny’ego
Bianchi.
Więc
nie rzuciłam się desperacko do ucieczki. Gapiłam się na niego przez przednią
szybę, gdy okrążał maskę swojego Explorera, i nadal patrzyłam na niego, gdy wciągał
swoje długie ciało na siedzenie kierowcy. Zaangażowana w ten akt, kontynuowałam
to, gdy włączył zapłon i odjechał pickupem od krawężnika.
Wtedy
zauważyłam, że nie zapiął pasów.
- Zgodnie z prawem Illinois trzeba zapinać pasy bezpieczeństwa, Benny – powiedziałam opryskliwie.
Nie
spojrzał na mnie, cały czas manewrując wyjazd ze szpitalnego parkingu, ale
sięgnął po swój pas bezpieczeństwa i zatrzasnął go na swoim miejscu.
Cóż,
do diabła. Przyjął wskazówkę. Nawet opryskliwą wskazówkę.
Tego
też nie musiałam wiedzieć.
Wyjechał
na ulicę.
–
Czy możesz wyjaśnić, dlaczego mnie porywasz? - zechciałam wiedzieć.
–
Porywam cię? - zapytał drogę.
–
Jestem w twoim pickupie wbrew mojej woli – zauważyłam.
-
Racja - Uśmiechnął się. Zobaczyłam to i zaschło mi w ustach – W takim razie
chyba cię porywam – dokończył dobrodusznie.
To
było niefortunne, że było bardzo prawdopodobne, że rozerwałabym ranę, jeśli
spróbowałabym wydrapać mu oczy. Co więcej, nie chciałam przeżyć prawdziwego
porwania przez szaleńca, ucieczki przez las, rany postrzałowej, tylko po to, by
mieć wypadek samochodowy zaledwie kilka minut po wyjściu ze szpitala.
Dlatego
zdecydowałam się tego nie robić i zamiast tego zadawałam pytania.
–
Skoro już to wyjaśniliśmy, czy możesz wyjaśnić, dlaczego?
–
Bo nie będziesz zdrowiała pod czujnym okiem mafijnego króla.
-
Zmierzałam do domu, Ben - powiedziałam.
–
I nie sądzisz, że Sal nie miałby tyłka swojego, Giny i dupy każdej żony i
dziewczyny mafii z Chicago, zaspokajając każdą twoją zachciankę? - odparł -
Jesteś rodziną i przyjęłaś kulkę za rodzinę. Był twoim ojcem chrzestnym. Teraz
jest twoim wróżkowym ojcem chrzestnym.
Czysty
Benny.
–
Nie sądzę, że Sal chciałby usłyszeć, że nazywasz go moim wróżkowym czymkolwiek –
poradziłam.
–
Mam w dupie, co Sal usłyszy, jak o nim powiedziałem.
Nic
dziwnego, że Bianchi, którzy byli właścicielami rodzinnej pizzerii i nie mieli
nic wspólnego z Cosa Nostra, nie byli całkiem podekscytowani, gdy Vinnie Junior
zdecydował się związać swój los ze swoim wujem Salem. Byli nawet mniej podekscytowani,
kiedy został zabity podczas wojny, w której znalazł się Sal.
Nie
było zbyt wielu ludzi, którzy zlekceważyliby szefa mafii.
Bianchi
byli wyjątkiem. A Benny, który kochał swojego brata, kochał matkę i ojca,
siostrę i innego brata, nienawidził utraty Vinniego Juniora. Nienawidził też
patrzeć, jak jego rodzina cierpiała z powodu tej samej straty. Jednakże
podniósł ten brak szacunku do ekstremalnego poziomu.
To
mnie przeraziło jak cholera.
Gdybyś
znała Salvatore Giglię tak, jak ja go znałam, pomyślałabyś, że to najmilszy
człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałaś.
Ale
absolutnie nim nie był.
Dlatego
mój głos był niższy, kiedy zauważyłam - Musisz uważać na Sala, Ben.
Zerknął
na mnie, po czym spojrzał z powrotem na drogę, pytając - Co? Myślisz, że
odbierze mojemu ojcu kolejnego syna?
Na
wzmiankę o Vinnie Juniorze zdecydowałam, że skończyłam mówić.
-
Nie zrobiłby tego gówna - ciągnął Benny.
Nie.
Sal by tego nie zrobił. Szanował Vinniego Seniora. Może w życiu nie dawać sobie
wciskać gówna. Żadnego.
Ale
przyjąłby gówno od Benny’ego z powodu tego, co stało się z Vinniem Juniorem i
ponieważ szanował ojca Vinniego Juniora.
To
było zaskakujące. Pomyślałabyś, że w swoim świecie Sal zdobył szacunek
wszystkich – z wyjątkiem gliniarzy, FBI i agentów IRS – więc żądał okazywania go.
Ale
nie mieszał się na zjazdach rodzinnych z glinami i agentami FBI.
A
przyjmował gówno od rodziny Bianchi.
Szczególnie
Benny’ego.
–
W każdym razie, kotku, nie ma go tutaj – dokończył Ben.
Na
szczęście była to prawda.
Postanowiłam
dalej nie mówić.
Stało
się tak, bo po jego komentarzu nie było nic do powiedzenia. Było to również
spowodowane tym, że miałam nową strategię.
Cisza.
Aby zachować energię. Dostać się do domu Benny’ego i poprosić go, żeby poszedł
dla mnie do apteki. Pomachać mu radośnie. Wezwać taksówkę. Wydostać się stąd w
cholerę.
I
nie do mojego domu. Pojechałabym do hotelu.
The Drake.
Zawsze chciałam zatrzymać się w The Drake
i teraz miałam szansę.
Ostatnie
hurra.
Dostałam
nową pracę w Indianapolis. Byli całkiem spoko, jeśli chodziło o tę całą sprawę
z tym, że zostałam postrzelona i musiałam opóźnić rozpoczęcie pracy dla nich.
Głównie dlatego, że byłam w telewizji (albo na zdjęciu w gazecie), a oni pomyśleli,
że jestem bohaterką, a nie szaloną suką na misji, która prawie dała się zabić.
Więc
sprawdziłabym The Drake. Przeżyję tu kilka
dni. Wydobędę się. Spakuję się. Pojadę.
Sal
by mnie znalazł.
Benie,
raczej nie.
Po
kilku dniach czułabym się lepiej i miałabym w sobie więcej walki, gdyby Benny
nadal nie zrozumiał aluzji.
A
potem bym zniknęła.
Benny
prowadził. Obserwowałam, jak miasto zaczyna nas pochłaniać, kiedy opuszczaliśmy
przedmieścia, na których byłam hospitalizowana, i wjeżdżaliśmy do miejskiego
obszaru Chicago.
Starałam
się na to nie patrzeć, ale to wszystko było wokół mnie.
Moje
miasto.
Urodziłam
się tu. Bardzo mi się tu podobało. Uwielbiałam budynek Wrigley. Uwielbiałam
Sears Tower. Uwielbiałam Marshall Field’s (kiedy to był Marshall Field’s).
Uwielbiałam brzeg jeziora. Uwielbiałam The Berghoff (który na szczęście nadal
był The Berghoff). Uwielbiałam roztopy i chochliki Fannie May. Uwielbiałam
bluszcz na ścianach boiska na Wrigley Field. Kochałam Bears, nawet kiedy
przegrywali. Kochałam Cubs, bo zawsze przegrywali.
I
uwielbiałam Pizzerię Vinniego. Zapach lokalu. Klimat tego miejsca. Zdjęcia na
ścianach. Wspomnienia.
Ale
od siedmiu lat nie postawiłam nogi u Vinniego, bo nie byłam tam mile widziana.
I
przyszedł czas na nowe horyzonty.
Więc
to było pożegnanie Chicago i witajcie nowe horyzonty.
-
Jesteś cicha.
To
był Benny.
Nawet
na niego nie patrzyłam, a zrobiło mi się ciepło na sam dźwięk jego głosu. Był
głęboki i spokojny. Głos, który mógłby cię odwieść od bycia wkurzoną, ponieważ
coś poszło nie tak w pracy. Ten rodzaj głosu, który mógł sprawić, że twoje
serce ścisnęłoby się, gdybyś słuchała, jak rozmawia z małym dzieckiem. Rodzaj
głosu, który sprawiłby, że poczułabyś pokój ze światem, zanim zamknęłabyś oczy
do snu po tym, jak wyszeptał ci dobranoc do ucha.
Wyjrzałam
przez boczne okno.
-
Frankie? - zawołał Benny.
–
Jestem zmęczona – powiedziałam do okna. To nie była do końca prawda, ale na
szczęście mój głos tak brzmiał.
–
Kotku – odpowiedział łagodnie.
Cholera.
Teraz jego głos był głęboki, delikatny i miękki.
Bóg
tak bardzo mnie nienawidził.
Poczułam,
jak jego palec przesunął się po zewnętrznej stronie mojego uda i mocno
zamknęłam oczy.
Całkowicie.
Nienawidził. Mnie.
-
Zabierzemy cię do domu, położymy do łóżka, nakarmimy porządnym jedzeniem,
włączymy telewizor i będziesz mogła odpocząć.
Teraz
był mój czas i nie zamierzałam go zmarnować - Nie zamierzam z tym walczyć, Ben,
bo nie mogę. Będziemy walczyć jutro. Ale potrzebuję realizacji kilku recept i
to szybko.
-
Mama wpadnie na chwilę. Ona cię nakarmi, a ja pójdę po lekarstwa.
Zakręciło
mi się w głowie na słowo „na chwilę” i wpatrywałam się w niego z przerażonym
jak cholera niedowierzaniem – Theresa wpadnie?
Spojrzał
na mnie, a potem z powrotem na drogę - Tak skarbie. Ona też nie pokochała twojego
fałszywego snu, ale dała ci tę grę. Teraz chce się wtrącić. Upewnić się, że
wszystko w porządku.
-
Nie mogę spotkać się z Theresą.
Oczy
Bena znów spoczęły na mnie i zatrzymały się na mnie odrobinę dłużej, niż
powinny, biorąc pod uwagę, że prowadził. Potem spojrzał z powrotem na drogę –
Frankie, cara, ona chce…
-
Nie mogę spotkać się z Theresą.
Jego
ręka wysunęła się i otoczyła moją - Cara…
Nie
walczyłam z jego ręką trzymającą moją. Miałam kolejną walkę, na której musiałam
się skupić – Nie mogę, Benie. Zadzwoń do niej. Powiedz jej, żeby nie
przychodziła.
Ścisnął
moją dłoń - Kochanie, to jest…
Ścisnęłam
jego dłoń - Ben - Pochyliłam się w jego stronę - Proszę.
Rzucił
na mnie kolejne dłuższe-niż-bezpieczne spojrzenie, po czym jeszcze raz mnie
uścisnął, zanim mnie puścił. Przesunął się do przodu na swoim siedzeniu,
wyciągnął komórkę z tylnej kieszeni, a ja wstrzymałam oddech.
Jego
kciuk poruszył się po ekranie i przyłożył go do ucha.
Wzięłam
wdech, bo był mi potrzebny do przeżycia i znowu go wstrzymałam.
-
Mamo, tak. Słuchaj, Frankie jest ze mną. Ona jest okej. Czuje się dobrze. Wraca
ze mną do domu, ale dla ciebie potrzebuje czasu do jutra. Możesz jej to dać?
Jutro.
Kupiłam czas. Byłam ustawiona.
-
Dzięki, mamo.
Tak,
byłam ustawiona.
Nie
uśmiechnęłam się. Odetchnęłam z ulgą. To nie było zwycięstwo. Naprawdę byłam
przerażona możliwością zobaczenia Theresy. Kochałam ją. Tęskniłam za nią. I
było coś w stracie jej, co bolało głębiej niż strata któregokolwiek z Bianchi,
z wyjątkiem Benny’ego, ale nie zamierzałam tam iść. I, oczywiście, straty
Vinniego, który nie miał innego wyboru, jak tylko mnie opuścić, z wyjątkiem
jednego wyboru, którego powinien był dokonać, zanim podczepił swoją przyszłość
do Sala.
Moja
mama była gównem. Była przezabawna. Była najlepszym wsparciem, jakie dziewczyna
mogła mieć, czy to w barze, czy w kościele. Bez żartów, nawet w wieku pięćdziesięciu
trzech lat potrafiła to zebrać i przyszpilić dla ciebie, a ja wiedziałam o tym,
bo nie tylko wybrała dla mnie Vinniego, ale zdobyła mężów dla obu moich sióstr,
nie wspominając o czterech jej własnych mężach. Piła jak marynarz, przeklinała
jak marynarz i nie byłam pewna, ale dowody wskazywały na to, że zabawiała
większość chłopców, którzy przeszli przez Stację Marynarki Wojennej przez
ostatnie trzy dekady (plus). Wiedziałam o tym, bo mój ojciec był jednym z nich.
Była
najlepszą przyjaciółką jakiekolwiek dziewczyny.
Problem
polegał na tym, że była moją „najlepszą przyjaciółką”, odkąd skończyłam dwa
lata.
Dziewczyna
potrzebuje matki.
I
tym dla mnie była Theresa Bianchi.
A
potem nie była.
Czekałam
dwadzieścia jeden lat, żeby to zdobyć.
A
potem to zniknęło.
–
Masz dzień, kochanie – powiedział cicho Benny - Dzień na przygotowania. Musisz
stawić jej czoła, ale co więcej, Francesca, musisz pozwolić jej stawić czoła
tobie.
-
Spoko – powiedziałam do okna.
-
Spoko? - Ben powtórzył pytaniem.
-
Tak.
–
Cholera – mruknął - Bez pyskowania. Jesteś
zmęczona.
–
Odzyskam siły po drzemce i wtedy się pokłócimy – skłamałam, bo nie mieliśmy się
kłócić. Będę w The Drake, podczas gdy
Ben traci rozum w swoim pustym domu.
-
Zgoda - wciąż mamrotał, ale teraz w jego głębokim i spokojnym głosie było
słychać rozbawienie.
Humor
Benny’ego zabijał mnie. Miał wspaniały uśmiech. Miał nawet lepszy śmiech.
Wspomniałam już, jak wspaniałe były jego oczy, kiedy tańczyły z humorem.
Miał
też świetną twarz. To było coś więcej niż tylko zabójczo przystojna. Była
ekspresyjna. Benny Bianchi nie był człowiekiem, który powstrzymuje emocje.
Pozwolił, żeby się uwidoczniały. I nie było momentu, żeby to nie wyglądało
dobrze.
Ale
kiedy był w dobrym humorze, uśmiechał się i śmiał, to było najlepsze. Lubiłam
to – jego uśmiechy, jego śmiech. Pracowałam na to, by było. Nawet kiedy Vinnie
żył.
Taki
wspaniały był Benny, kiedy się śmiał.
To
było warte pracy.
Nagle
zdecydowałam, że drzemka właśnie w tym momencie była najlepszym rozwiązaniem.
Problem polegał na tym, że kiedy opierałam głowę o szybę, ciągle o nią
uderzała, co nie sprzyjało spaniu.
Oparłam
więc się plecami na siedzeniu i zamknęłam oczy.
Dwie
sekundy później Benny szepnął - Strzeliłbym znowu do tego skurwiela za to, że zabrał
ci wolę walki.
Słysząc
niski pomruk jego słów, które mówiły, że naprawdę je miał na myśli, zacisnęłam
oczy mocniej.
Zastrzelił
mężczyznę, który postrzelił mnie. Jego strzał nie był śmiertelny. Ale to on go
zastrzelił.
-
Możemy o tym nie rozmawiać? – szepnęłam.
-
Wywierciłbym mu dziury za to, że zabrał ci siłę do walki.
Czułam
wilgoć za oczami i nic nie powiedziałam.
Znów
wziął mnie za rękę, a ja już się nie odsunęłam. W moich wysiłkach
powstrzymywania łez, po prostu nie miałam w sobie na to siły.
–
Sprawimy, że znów będziesz w formie do walki, kochanie – obiecał mi, głęboko i
swobodnie.
Zrobilibyśmy
to, ale kluczowym słowem było „my”.
Nie
podzieliłam się tym.
Wzięłam
głęboki wdech i go wypuściłam.
Benny
trzymał mnie za rękę i robił to przez długi czas. W rzeczywistości robił to,
dopóki nie musiał puścić jej, aby nacisnąć mechanizm otwierania drzwi
garażowych na jego osłonce przeciwsłonecznej. Otworzyłam oczy, kiedy mnie
puścił i patrzyłam, jak to robi. Potem zobaczyłem, jak wjeżdża do swojego
garażu.
Czas
rozpocząć Operację Drake.
Radziłam
sobie dobrze, nawet pozwalając Benowi wyciągnąć mnie z auta i zanieść do jego
domu i po schodach.
Mój
plan legł w gruzach, kiedy zaniósł mnie do swojej sypialni.
Poszedł
z dymem, kiedy pochylił się, żeby położyć mnie na swoim łóżku.
Gdy
zdejmował ręce, złapałam go za nadgarstek.
Jego
wzrok spotkał się z moim.
Teraz
miał okulary wetknięte we włosy. Żaden mężczyzna nie mógłby wsunąć okularów we
włosy i wyglądać tak seksownie. Ale Benny mógł.
Bóg…
tak… cholernie… totalnie mnie nienawidził.
-
Dlaczego jestem w twojej sypialni? - Zapytałam.
-
Bo potrzebujesz się zdrzemnąć.
–
Mogę się zdrzemnąć w jednej z innych sypialni.
Uśmiechnął
się.
Tortura!
-
Kotku, mam gówno w mojej drugiej sypialni – powiedział - Jest tym zapakowana.
Ledwo mogę się ruszyć, jest tam tyle gówna.
-
Skąd masz tyle gówna? - nacisnęłam - Jesteś samotnym facetem. Samotni faceci
nie gromadzą gówna.
–
Jestem komisarzem Małej Ligi.
Gapiłam
się na niego.
Proszę
nie mówcie mi, że Benito Bianchi, jako wolontariusz w okresie letnim, spędzał
wolny czas z bandą małych chłopców grających w baseball.
Ale
wiedziałam, że to mogła być prawda. Po pierwsze, Pizzeria Vinniego sponsorowała
co roku drużynę Małej Ligi i robiła to przez ostatnie trzydzieści lat. Po
drugie, Vinnie Junior, Benny i Manny grali w Małej Lidze, a potem w liceum
grali w baseball (Vinnie, łapacz; Benny, pierwsza baza; Manny, miotacz). I po
trzecie, to było coś, co zrobiłby Ben, bo był porządnym facetem.
-
Sezon się skończył, miejsce do przechowywania kosztuje, kiedy moglibyśmy
przeznaczyć pieniądze na rzeczy dla chłopców, więc całe ich gówno jest teraz wpakowane
do mojej drugiej sypialni – zakończył.
–
W takim razie umieść mnie w swojej trzeciej sypialni.
-
Tam jest moje biuro.
To
mnie zaskoczyło - Masz biuro?
Kolejny
uśmiech. Kolejna wskazówka, że nie byłam ulubienicą Boga.
Potem
powiedział - Nie. To miejsce, w którym stare biurko taty zbiera kurz. Stary
komputer Carm zbiera wraz z nim kurz. A reszta przestrzeni jest wypełniona
resztą gówna Małej Ligi.
–
Okej – powiedziałam powoli – W takim razie mogę się zdrzemnąć na twojej
kanapie.
Jego
twarz zrobiła się twarda – Nie będziesz spała na mojej kanapie.
-
Ben…
–
Dochodzisz do siebie po ranie postrzałowej.
-
Wiem to.
–
Więc nie śpisz na mojej kanapie.
-
Na litość boską, to mnie nie zabije.
Zakończył
tę konkretną rozmowę słowami - To nie podlega negocjacjom.
W
tym momencie zastanawiałam się, dlaczego z nim walczyłam. Jasne, leżenie w
łóżku Benny’ego w domu Benny’ego, w którym w powietrzu unosił się niezwykły,
ale niewiarygodnie kuszący korzenny zapach jego wody po goleniu zmieszany z
zapachem ciasta na pizzę, co było dreszczem emocji, którego nie chciałam
przeżyć. Ale wkrótce miał iść do apteki i ten dreszczyk emocji miał być
krótkotrwały.
Więc
się zamknęłam.
Ben
spojrzał na moje usta.
Przełknęłam.
Następnie
Benny podniósł się i zaczął iść wokół łóżka.
Wziął
coś z szafki nocnej naprzeciwko i rzucił to na łóżko obok mnie - Mama już tu
była, napełniała lodówkę i sortowała gówno. Kupiła ci te.
Gapiłam
się na czasopisma leżące obok mnie na łóżku.
Było
ich kilka, a Theresa się nie opieprzała. Wszystkie były dobre: soczyste, jak People i Us, i eleganckie, jak Vogue
i Marie Claire.
Teresa
tak dobrze mnie znała.
Znów
przełknęłam ślinę, gdy pilot odbił się od czasopism.
-
TV – stwierdził Ben, a ja spojrzałam na niego - Mam HBO. Mam Showtime. To
inteligentny telewizor. Uniwersalny pilot. Po prostu naciśnij ekran, aby dostać
się do inteligentnego telewizora i możesz uzyskać dostęp do Netflixa. Powinnaś
zająć się sobą, dopóki nie zdrzemniesz się, kiedy ja będę w aptece.
Spojrzałam
w stronę telewizora i zobaczyłam, że miał co najmniej sześćdziesiąt cali.
Jaki
człowiek potrzebuje sześćdziesięciocalowego telewizora w swojej sypialni?
To
sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, jaki rozmiar telewizora miał w swoim
salonie.
Kiedy
się nad tym zastanawiałam, Benny znów okrążał łóżko – Jak mówiłem, mama
zapełniła lodówkę, ale skoro wychodzę, chcesz, żebym coś przyniósł?
O
ile znałam Theresę, w lodówce Benny’ego były wszelkie co do jednej rzeczy,
jakie chciałby mieć ktokolwiek w okolicy.
Była
to jednak doskonała okazja, by kupić więcej czasu.
Zwłaszcza
jeśli wysłałam go do czegoś więcej niż tylko do drogerii.
–
Pudding z tapioki – oznajmiłam.
Zatrzymał
się po mojej stronie łóżka i spojrzał na mnie - Powtórz?
-
Pudding z tapioki. Nie rozmiaru przekąski. Duży.
Patrzył
na mnie.
Starałam
się wymyślić więcej gówna, które mógłby mi kupić.
-
I tandetny romans. Nie obchodzi mnie, który, ale im mniej ma na sobie facet z
okładki, tym lepiej. Plusem są tatuaże. Skóra to kolejny plus. A jeśli coś
wskazuje na to, że jest zmiennokształtnym, kup całą serię.
–
Nie kupuję książek ze zdjęciami nagich facetów – powiedział Benny głębokim i nie wyluzowanym tonem.
Było
warto spróbować.
Zrezygnowałam
z tego i odpuściłam - Fanta winogronowa. Woda gazowana. Orzechy nerkowca w
czekoladzie. Ciasteczka od D’Amato’s. A kanapka Lincolna z Subway nie byłaby do
pogardzenia.
Jego
oczy zwęziły się na moją wzmiankę o D’Amato’s, tak jakby były konkurencją pizzy
dla Vinniego.
Pozwolił
jednak temu prześlizgnąć się i zamiast tego zauważył - Kochanie, Lincoln jest w
Hobart.
-
Tak? Więc?
–
Francesca, nie pojadę czterdzieści minut do pieprzonej Indiany, żeby kupić ci
Subway.
–
Musimy zjeść kolację – przypomniałam.
-
Tak. Więc później pójdę do Vinniego zrobić ci pizzę.
Moje
serce ścisnęło się.
Dotarło
do mnie pocztą pantoflową, że Benny uległ presji Vinniego Seniora i nauczył się
świętej sztuki Bianchich robienia ciasta na pizzę. Moja przyjaciółka powiedziała
nawet, że Vinnie umieścił nowy szyld dla restauracji, zmieniając ją z Pizzeria Vinnie’go
na Pizzeria Vinnie’go i Benny’ego.
Odkąd
dowiedziałam się, że Benny przejął kuchnię u Vinniego, zapragnęłam spróbować z
jego pizzę. Mama zawsze powtarzała, że facet, który gotuje, jest opiekuńczy
(rada, której sama nie przyjęła). Gdyby mama kiedykolwiek takiego spotkała,
powiedziałaby, że jeśli znajdziesz faceta, który gotuje i wygląda jak Benny,
powinnaś rozważyć chirurgiczne zszycie z nim.
Oczywiście
nie pozwoliłam sobie pójść do Vinniego i zjeść jednego z placków Benny’ego. To
dlatego, że gdybym spróbowała, zostałabym wyrzucona pod pociąg.
Przestałam
myśleć o Bennym robiącym pizzę i powiedziałam - Okej, w takim razie jutro
wieczorem kanapki.
Odchylił
głowę do tyłu i spojrzał w sufit.
Musiałam
to pociągnąć dalej, więc stwierdziłam - Myślę, że to wszystko.
Spojrzał
na mnie – Jesteś pewna?
Był
sarkastyczny.
Nie
zawołałam do niego w tej sprawie i tylko skinęłam głową.
Jego
oczy znów się zwęziły.
Starałam
się wyglądać niewinnie.
W
końcu wymamrotał - Kurwa. Wrócę - i
pochylił się, by wyjąć mi z ręki kopertę z moimi receptami, zanim zaczął ruszać
w stronę drzwi.
To
był problem, biorąc pod uwagę, że wniósł do środka mnie, ale nie wniósł mojej
torby. Moja torebka była w torbie, a ja potrzebowałam jej, żeby zamówić
taksówkę.
-
Ben, czy mógłbyś przynieść moją torbę przed odjazdem? - Zawołałam jego
odchodzące plecy.
Odwrócił
się i utkwił we mnie wzrok - Nie. nie mogę. Bo twoje gówno jest w tej torbie,
łącznie z portfelem i telefonem. Jeśli masz komórkę, nie potrzebujesz telefonu
domowego. Więc kiedy masz jakieś genialne pomysły do zrealizowania, nie możesz
wezwać taksówki, nie możesz zapłacić za taksówkę, a już na pewno nie możesz iść
pieszo, gdziekolwiek mogłabyś złapać taksówkę. Ale nieważne. Wejdę do starszej
pani Zambino po drugiej stronie ulicy i powiem jej, żeby miała na siebie oko.
Wiesz, że będzie przyklejona do okna, kiedy o to poproszę. I zadzwoni do mnie,
jeśli zobaczy, że próbujesz uciec. Uderzę też do Tony’ego z sąsiedztwa. Będzie
miał oko z tyłu. Więc kiedy będziesz miała świetny pomysł, cara, pozbądź się go. Bo twój tyłek będzie leżał w tym łóżku,
dopóki nie usiądziesz z mamą, niech tato powie swoje słowa, żeby to naprawić, a
ty i ja spotkamy się co do przyszłości.
Wtedy
poczułam, że moje oczy się zwężają, nawet gdy to, co powiedział, sprawiło, że
moje serce zaczęło bić dziwnie.
–
Więc mówisz, że naprawdę mnie
porwałeś.
-
Chcesz patrzeć na to w ten sposób, śmiało. Nie przejmuj się. Dostałaś kulkę w
brzuch, kotku. Nie trafiła cię to w żołądek, ale narobiła szkód, więc dałem ci
półtora tygodnia na ogarnięcie twojego gówna. Teraz skończyłem z tym.
–
Wydaje mi się, że zauważyłam to, odkąd mnie porwałeś – odparłam.
-
Chcesz swój pudding i cholerny napój winogronowy? - zapytał.
-
Tak, bo dzięki temu będę miała czym w ciebie rzucić - odpowiedziałam.
-
Okej, oba są poza moją listą zakupów – odparował - Chcesz swoje leki
przeciwbólowe?
Zacisnęłam
usta, bo ból był nie do zniesienia. Mogłam to ignorować, planując ucieczkę albo
kłócąc się z Bennym. Kiedy żadna z opcji nie była dla mnie otwarta, miałam
wrażenie, że nie mogłam.
Patrzył,
jak zamykam usta, wahał się tylko przez chwilę, a potem wrócił do łóżka.
On
jednak nie wahał się pochylić i owinąć dłoń wokół mojej szyi i przysunąć twarz
tak blisko, że mogłam zobaczyć te oczy teraz ciepłe i delikatne w sposób, w
jaki moje serce naprawdę chciało się stopić. Po prostu nie mogłam na to nie
pozwolić.
–
Jesteś szalenie odważna, kochanie – powiedział cicho – Udowodniłaś to półtora
tygodnia temu. Jesteś szalenie piękna i przypuszczam, że taka byłaś przez całe
życie. Jesteś szalenie zabawna. Jesteś szalenie słodka. Ale jesteś po prostu
szalona, jeśli myślisz, że możesz zrobić to, co zrobiłaś dla tej rodziny, być
taka, jak byłaś ze mną tej nocy, zanim zabrali Cala i Vi, i myśleć, że pozwolę
ci przenieść się do pieprzonego Indianapolis bez rozmowy. Wiesz, co to jest.
Dlatego wariujesz i chowasz się. Ja wiem, co to jest. Dlatego nie pozwolę temu
gównu odejść - Jego palce zacisnęły się i podszedł jeszcze bliżej -
Porozmawiamy. Nawet jak ci się to nie podoba, mam to w dupie. Siedem lat się
pieprzyłem. Teraz to gówno się kończy.
I
z tymi słowami przyciągnął mnie do siebie (ale delikatnie, Boże!), pocałował w
czoło, puścił i, zanim zdążyłam powiedzieć słowo, zniknął za drzwiami.
Gapiłam
się na to, czując, jak jego słowa gromadzą się w moim brzuchu, i podobało mi
się to uczucie, w jaki sposób to robiły,.
Potem
spojrzałam na niego gniewnie, żałując, że nie mam czym rzucić, nawet jeśli już
dawno go nie było i bym go nie uderzyła.
Jedyne,
co miałam, to czasopisma i pilot, a gdybym któreś wyrzuciła, musiałabym wstać z
łóżka i iść po nie.
Więc
zamiast tego wybrałam jedyną otwartą dla mnie opcję.
Chwyciłam
uniwersalnego pilota Bena, skierowałam go na telewizor i zaczęłam pieprzyć
wszystkie jego ustawienia, więc uporządkowanie tego gówna zajęłoby mu co
najmniej godzinę.
Skończywszy
z tym, wypełniłam jego kolejkę ulubionych Netflixa programami, które
sprawiłyby, że Bezpieczeństwo Narodowe umieściłoby go na liście obserwacyjnej.
Kiedy
czekałam na jego powrót, wybrałam program telewizyjny najbardziej nie pasujący
do Benny’ego (dokładnie Dr. Who) z
tych, które Netflix miał do zaoferowania, pozwoliłam mu grać w tle i przejrzałam
moje People.
Robiąc
to, zasnęłam jak zabita.
Dosłownie.
Dziękuję, jesteś najlepsza:)
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję :D
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńProszę bardzo :)
OdpowiedzUsuń