czwartek, 14 września 2023

11 - Ptaki miały wesołe Święta

 

Rozdział 11

Ptaki miały wesołe Święta

 

 

 

Benny wszedł tylnymi drzwiami, otrząsnął się z zimna i śniegu, po czym rzucił torbę treningową na kuchenny stół, a następnie rzucił tam klucze.

Musiał się umyć, przebrać i udać się do restauracji. Skręcił w stronę schodów, żeby to zrobić, gdy zadzwoniła komórka w jego torbie.

Odwrócił się, rozpiął torbę, wyciągnął ją i spojrzał na ekran.

Odebrał połączenie i przyłożył je do ucha, po czym wrócił do drzwi i przywitał się - Hej, mamo.

– Cześć, Benny. Pamiętasz, że Carm, Ken i dzieci przylatują jutro?

Wbiegł po schodach i powiedział - Pamiętam, mamo.

- Jutro wieczorem kolacja w pizzerii. Manny wie, że musi przygotować stół.

- Tak.

- Bądź pewien, by znaleźć czas, aby wyjść i się przywitać, tak?

Zacisnął zęby, idąc korytarzem, zastanawiając się, dlaczego jego matka pomyślała, że za choćby milion lat mógłby zapomnieć o swojej siostrze, której nie widział od ponad roku, która przylatywała z całą rodziną, aby być tam na tydzień w Boże Narodzenie i nie wyszedłby, kiedy będą w restauracji, żeby się przywitać.

Ale nie zadał jej tego pytania.

Powiedział - Będę pewien.

– Jesteś pewien, że w Wigilię nie będziesz spał na kanapie?

Poszedł do łazienki i od razu sięgnął pod prysznic, żeby go włączyć i rozgrzać wodę, by, kiedy skończy już z tą absurdalną rozmową, nie musiał tracić czasu na przygotowania.

- Mieszkam dziesięć minut drogi od was – przypomniał jej - Mogę przyjść z samego rana i nie muszę spać na twojej kanapie.

- Dzieci wstają wcześnie w Boże Narodzenie – warknęła.

- Więc wstanę i przyjdę wcześniej – odpowiedział.

- Wstają naprawdę wcześnie.

– W takim razie przyjdę naprawdę wcześnie.

- Benny…

- Później, mamo.

Rozłączył się, rzucił telefon na blat umywalki, zdjął ubrania, rzucił je na podłogę i wszedł pod prysznic.

Dziesięć minut później, z mokrymi włosami, w podkoszulku, dżinsach i butach, był na dole, przy swojej szafie w przedpokoju, sięgając po swoją skórzaną kurtkę, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Wziął zirytowany wdech i podszedł do drzwi, by spojrzeć na swojego sąsiada Tony’ego stojącego na zewnątrz.

Otworzył je, otworzył i zobaczył, że Tony trzyma brązowe pudełko owinięte w papier.

– Przyszedł listonosz, kolego. Zostawił to u mnie tobie – powiedział Tony, podając pudełko Benny’emu.

Ben wziął go i wymamrotał - Dzięki, stary.

- Nie ma problemu – odpowiedział Tony, po czym podniósł rękę i wymamrotał - Później - po czym zbiegł po schodach i skierował się do sąsiedniego domu.

Benny zamknął drzwi, zaryglował je, odwrócił się i szedł z powrotem korytarzem, kiedy spojrzał na pudełko, zobaczył stempel pocztowy i zatrzymał się jak wryty.

Indianapolis.

- Kurwa – szepnął, zmuszając się do uwolnienia się i powrotu do szafy.

Żonglując pudełkiem, chwycił płaszcz, zamknął drzwi i skierował się do kuchni, myśląc, że cokolwiek to było, mogło pochodzić od Vi. Ona, Cal i dzieci byli na Florydzie, ale mogła wysłać to przed wyjazdem. I to było coś, co zrobiłaby kobieta taka jak Vi: wysłałaby prezent bożonarodzeniowy facetowi, który nie wysłałby nic w zamian, nawet kartki.

Ale jeśli przesyłka pochodziłaby od Vi, nie zostałaby opatrzona stemplem pocztowym z Indy, chyba że kobieta przebywała w mieście w załatwianiu spraw i trafiała na pocztę, co było mało prawdopodobne.

Wiedział więc od kogo to było.

I wiedział, że powinien przynajmniej odłożyć to na bok, ale lepszym wyborem byłoby wyrzucenie tego do kosza.

Tego też nie zrobił.

Powinien był wybrać jedno, zdecydowanie ostatnie.

Zamiast tego otworzył skurwiela, wyciągnął kwadratową puszkę i udekorowaną w czerwono-zielono-złotą świąteczną kratkę. Na przykrywce puszki znajdowała się mała kartka z okrągłą naklejką ze złotej folii.

Było tam napisane: Benny.

Odłożył puszkę, zerwał kartkę i otworzył ją, wysuwając kartkę świąteczną z bałwanem, udekorowanym zdecydowanie za dużo pieprzonego brokatu, z wydrukowanym na nim napisem Wesołych Świąt!

Otworzył ją.

Wewnątrz widniał napis: Wesołych Świąt, Benny. Ciesz się i bądź szczęśliwy. Kocham cię, Frankie.

Zacisnął zęby i wtedy powinien był wyrzucić puszkę i karton do kosza.

Nie zrobił tego.

Otworzył puszkę i poczuł słodki, orzechowy zapach ciasta, gdy zobaczył w środku ogromny kopiec wypełnionych czekoladą, obsypanych cukrem pudrem świątecznych ciasteczek Frankie.

Kurwa. Przesyłka przyszła pocztą, a mimo to na wieczku widać było ślady kondensacji, co oznaczało, że zapakowała je ciepłe i natychmiast wysłała.

Wpatrywał się w ciasteczka, przypominając sobie jeszcze jeden raz, zdecydowanie za dużo, przypominając sobie, że ona próbowała.

Miała grę, w której dzwoniła, wiedząc, że nie odbierze, głównie gdy był w restauracji, a jej poczta głosowa mówiła - Tylko się melduję. Och, tu Frankie - jakby nie miał identyfikacji rozmówcy lub nie rozpoznałby jej głosu w ciemności z tuzinem innych głosów wrzeszczących na niego, a to stałoby się za piętnaście lat.

Albo odpowiadała - Dzwonię, żeby cię poinformować, że wszystko jest w porządku. Lubię moją pracę. Myślę o kupieniu psa. Mam nadzieję, że masz się dobrze. Jeśli chcesz, zadzwoń do mnie.

Albo mówiła - Hej, Ben. Myślałam o tobie, miałam chwilę, pomyślałam, że zadzwonię. Chcesz porozmawiać, znasz mój numer.

Cholernie nie zadzwonił.

Prawie trzy miesiące temu wyszedł z łazienki, założył koszulkę, dżinsy i buty i wyszedł z domu. Gdy wrócił do domu, ten był pusty.

Nie było Frankie.

Nie wróciła.

Dzwoniła.

Ale opuściła jego dom, opuściła miasto… i nie wróciła.

Pragnęła go w swoim życiu.

Chciała się przyjaźnić.

Chciała pozostać w swoim popierdolonym świecie, ze swoją popieprzoną głową, podejmując popieprzone decyzje i prowadząc popieprzone życie.

I mogła tam zostać.

Nie potrzebował tego gówna.

Wpatrywał się w ciasteczka, myśląc, że też jest cholernie pewien, że nie potrzebuje jej ciasteczek.

Ale on ciągle się na nie gapił.

Zakochuję się w Tobie.

Te słowa zaatakowały jego mózg jeszcze raz, wywołując serię zdecydowanie za dużo wspomnień i było to o jeden raz za dużo.

Wykręcając tułów brutalnym rozcięciem ramienia, posłał puszkę po całym pomieszczeniu. Uderzyła z głośnym, metalicznym dźwiękiem o ścianę, a ciasteczka poleciały wszędzie, lądując i eksplodując kłębkami sproszkowanego cukru, a ciasto łamało się i kruszyło, odsłaniając czekoladowe kropki.

Ben nie patrzył na to.

Nałożył marynarkę, sięgnął po klucze, a gdy wychodził, jego buty zgrzytały ciasteczkami.

Następnego dnia zamiótł to gówno tylnymi drzwiami, posyłając je po werandzie na podwórko.

Wyrzucił puszkę do kosza na tyłach domu razem z kartką.

A ptaki miały wesołe Święta.

 

1 komentarz: