Rozdział
20
Kołysząc
się na wietrze (cz.1)
-
Wszystko okej?
Przeniosłam
wzrok z ekranu komputera, na którym obsesyjnie obserwowałam postęp czasu w
prawym dolnym rogu, na Tandy stojącą w drzwiach mojego biura.
Odpowiedź
na jej pytanie brzmiała: nie, nie było okej.
Był
poniedziałek, po spędzeniu weekendu z Bennym tylko po to, by spędzić weekend z
Bennym, a także po byciu tam na rodzinnej uroczystości, która polegała na
zdmuchnięciu przez niego urodzinowych świeczek na zrobionej przez niego pizzy i
wszyscy pracownicy zaczęli w trakcie pracy ssać szybkie łyki Chianti. Ben
otwierał prezenty pomiędzy pieczeniem pizzy a wydawaniem zamówień. Theresa,
Vinnie, Manny i Sela byli w pobliżu, przeważnie zachowywali się głośno,
wkurzali Bena i przeszkadzali.
Całą
noc przesiedziałam z Benem w kuchni, moja dupa zajmowała miejsce na blacie, bo
siedziałam na nim z kieliszkiem w ręku i na przemian gadałam z moim mężczyzną,
dawałam mu swoje gówno i rozmawiałam z, jak to nazywał, „jego dziećmi”.
Poświęciłam ten czas, aby ich poznać, co bardzo mi się podobało, ponieważ byli
dobrymi dziećmi i fajnie było przebywać w ich towarzystwie.
Tak
naprawdę Ben prowadził wesołą kuchnię. To była zdecydowanie praca – gorąca
praca, przy włączonych piekarnikach i włączonych piecach, pośpiechu ludzi,
zawsze zajętych.
Ale
byłam w tej kuchni, kiedy Vinnie ją prowadził i, chociaż nie był dupkiem, był
nadzorcą.
Dziwnie
było znać sposób pracy ojca, a potem widzieć tam jego syna.
Oboje
traktowali to, co robili, poważnie. Oboje to przekazali. Ale Ben był o wiele
bardziej wyluzowany, a dzieci zareagowały na to.
Patrząc,
jak pracował, niewzruszona w stylu zakochanej kobiety, zakochiwałam się jeszcze
bardziej, moja i tak już ogromna duma z bycia kobietą Benny’ego rosła, kiedy patrzyłam,
jak prowadził swoją kuchnię. Jego dzieci go lubiły. Organizował chaos bez
widocznego wysiłku. Nie chodziło mu o krzyczenie i dominowanie. Chodziło o
ciche słowa i wskazówki. I każde ciasto lub danie postawione na podgrzewanej
półce w celu wyjęcia wyglądało apetycznie, bo wiedziałam, że takie było.
To
nie było tak, że organizował akcję pomocy ofiarom katastrofy.
Mimo
wszystko było wspaniale.
W
sobotę w ciągu dnia i w niedzielę przed moim wyjazdem do domu Ben i ja
zajmowaliśmy się jego biurem. W piątek Ben zadzwonił do operatora telewizji
kablowej, aby zainstalował gniazda internetowe. W sobotę poszliśmy kupić szafkę
na dokumenty, niszczarkę i komputer stacjonarny. Zajęło nam to wiele godzin,
ale udało nam się uruchomić system, który mógł (mógł) ułatwić nam resztę prac w domu. Wynieśliśmy mnóstwo śmieci,
część wyrzuciliśmy i ostatecznie biuro wyglądało bardziej jak biuro, a nie jak graciarnia.
Pokój,
który można znaleźć w domu, a nie w kawalerce.
Innymi
słowy, uważałam, że każda minuta była warta wysiłku.
Najfajniejsze
w tym wszystkim było to, że odkryłam, że Benny nie był zbieraczem.
Po
prostu nie zawracał sobie głowy wyrzucaniem gówna, kiedy należało je wyrzucić.
Nie prowadziliśmy żadnych bitew o zatrzymanie rzeczy. Nie angażował się też w
projekt przez piętnaście minut, a potem miał dość i próbował znaleźć pretekst
do ucieczki. Oprócz tego, że naśmiewałam się z niego, że jest leniwym tyłkiem,
a Benny uśmiechał się przez to, pracowaliśmy obok siebie w harmonii.
To
była niezła zabawa.
Domowe
szczęście w stylu Frankie i Benny’ego.
Więc
teraz był poniedziałek. Poniedziałek po tym, jak byłam pod wrażeniem
umiejętności kuchennych Benny’ego i otrzymałam od Benny’ego kolejną obietnicę,
że życie u jego boku będzie dobre, biorąc pod uwagę, że nie był zbieraczem lub
kimś, kto zrzuci na mnie całą tę gównianą robotę lub podejdzie do tego na swój wesoły
sposób.
Był
to także poniedziałek, kiedy dałam Benny’emu coś, co uważałam za żałosną odpłatę
za moje urodziny, a on uznał to za coś zupełnie innego. A to było coś, co
sprawiło, że zakochałam się w nim jeszcze bardziej, ponieważ, choć było to
proste, dla Benny’ego było wszystkim i to mi się podobało.
Bardzo.
I
na koniec, był poniedziałek, po tym jak dałam mu głupi prezent. Spodziewałam
się, że Ben będzie się śmiał i odrzuci na bok, a ja to ja przyczepię go do
ściany w kuchni i napiszę na nim różne rzeczy, ale tak się nie stało.
Podobało
mi się, że tak nie było. Właściwie podobało mi się to, dlaczego tak nie było.
Miałam
wrażenie, że to był prezent, który odmienił życie nas obojga.
Ponieważ
niespodziewanie zaplanowaliśmy wspólne zamieszkanie.
Ale
kiedy dałam mu ten kalendarz, zaplanowaliśmy spędzenie razem reszty życia.
Było
mi z tym dobrze. Nie zastanowiłam się nad tym dwa razy i wiedziałam, że nie weszłam
w to na sposób, na jaki nigdy bym tego nie zrobiła.
Stało
się tak, ponieważ Benny Bianchi zawsze był obietnicą, a jednocześnie Benny
Bianchi był nagrodą na koniec szalonego życia.
Nie
było więc powodu, aby się nad tym dwa razy zastanawiać.
I
już nigdy nie miałam zamiaru czuć się głupio z powodu moich głupkowatych
prezentów.
Był
poniedziałek i o czwartej miałam się spotkać z szefem, aby zapytać, czy istniała
możliwość, że firma rozważy udostępnienie mi pracy z domu w Chicago od
października.
Byłam
zdenerwowana, bo spodziewałam się, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”, ponieważ
wszyscy członkowie kierownictwa pracowali w naszej siedzibie głównej w
Indianapolis.
Podobała
mi się ta praca. Zarabiałam świetne pieniądze. Moi przedstawiciele (wszyscy
oprócz jednego) byli niesamowici. Robili dobrze i robiąc to, sprawiali, że ja dobrze
wyglądałam. I miałam świetną asystentkę. Nie chciałam nic z tego stracić.
Co
więcej, poszukiwanie pracy było do niczego.
Wiele
więc zależało od tego spotkania.
Jeśli
by odmówili, nadal miałam zamiar odejść. Miałam tylko naprawdę wielką nadzieję, że nie będę musiała tego robić.
-
Jest okej – odpowiedziałam Tandy, kłamiąc.
-
Wyglądasz dziwnie – zauważyła, wchodząc i patrząc na mnie. Usiadła naprzeciwko
mnie i mówiła dalej – Wiem, że to wścibskie i nie ma nic złego w tym, że nie odbierasz,
ale w piątek wydawałaś się być w naprawdę dobrym nastroju. Ale w ten weekend
wróciłaś do swojego faceta i teraz wydajesz się… cóż… nie w dobrym nastroju.
Była
taka słodka.
Byłoby
źle, gdybym musiała ją stracić.
Kolejny
powód, dla którego nie czułam się dobrze.
-
Nic nam nie jest, Tandy – zapewniłam ją i przynajmniej taka była prawda, choć
było to niedopowiedzenie.
-
Okej – odpowiedziała, brzmiąc, jakby tego nie kupowała.
-
Mam w głowie tylko to spotkanie z Lloydem – wyjaśniłam - Kiedy już się z nim spotkam,
opowiem ci całą historię.
Przechyliła
głowę na bok i nie podobał mi się wyraz jej twarzy, gdy to zrobiła.
–
Czy powinnam się martwić? – zapytała, wyjaśniając jej wygląd.
-
Nie – powiedziałam szybko, wyciągając do niej rękę i stukając nią głupio, ale miałam
nadzieję, że pocieszająco, w biurko - Absolutnie nie. Nie chodzi o ciebie.
Nagle
zrobiła wykrętną minę (a zatem najwyraźniej stukanie w biurko nie zadziałało),
gdy mruknęła - Po prostu pomyślałam, że mogłaś się dowiedzieć…
Umilkła,
wykręciła szyję, żeby spojrzeć na ścianę okna, a potem z powrotem na mnie, ale
nie powiedziała nic więcej.
–
Dowiedziałam się czego? – podpowiedziałam.
-
Nic. To głupie. To chyba nic takiego – stwierdziła.
–
Co prawdopodobnie jest niczym? - Naciskałam, nie mając dobrego przeczucia co do
jej zachowania, które zupełnie nie było do niej podobne.
Wciągnęła
powietrze, po czym zakołysała tyłkiem na krześle, jakby chciała się usadzić i
pochyliła się w moją stronę. Kiedy znów się odezwała, jej głos był niższy,
cichy, konspiracyjny.
-
To nie było nic wielkiego. Powiedziałam Lloydowi, a on się tym zajął, więc
naprawdę nie chciałam cię martwić, ale w czwartek, kiedy spędzałaś prywatnie
dzień w Chicago, przyszedł pan Bierman i poprosił mnie, żebym dała mu kopię
twojego planu zajęć. Zapytał, ile razy byłaś w Chicago w sprawach służbowych i
ile dni wolnych wzięłaś.
O
mój Boże.
–
Dlaczego miałby to robić? - Zapytałam.
-
Nie wiem – odpowiedziała – A mu tego nie dałam. Powiedziałam mu, żeby
porozmawiał z Lloydem, gdyby miał pytania dotyczące twojego harmonogramu.
Zrobiło mu się trochę głupio, jak to ma w zwyczaju, i Heath widział, jak to się
stało. Wyszedł ze swojego biura i interweniował. Pan Bierman wycofał się i
uciekł, ale Heath powiedział mi, że powinnam zgłosić to Lloydowi i poszedł ze
mną, kiedy to robiłam. Kiedy mu powiedziałam, Lloyd wyglądał na naprawdę
wkurzonego. Obiecał mi, że się tym zajmie. Potem on i Heath pozostali w jego
biurze strasznie długo i nie wyglądało na to, żeby rozmowa była wesoła. Później
Sandy powiedziała mi, że kiedy Heath był w zeszłym tygodniu w San Francisco,
pan Bierman poprosił o tego samego rodzaju informacje na jego temat.
Sandy
była asystentką Heatha, a Sandy była podobna do Tandy pod względem słodyczy,
inteligencji, trzymając rękę na pulsie i będąc bardzo ładną.
Miałam
też przeczucie, że Heath posuwał Sandy, co nie byłoby dobre, jeśli mieliby coś
ze sobą, mieszając razem w firmowym basenie z kimś, kto pracował pod tobą. Ale
jeśli tak, to ona nic nie mówiła i oczywiście Heath też nie. Gdyby mówiła,
Tandy by mi powiedziała.
Prawdę
powiedziawszy, odbyli wiele spotkań za zamkniętymi drzwiami, podczas których
przez okna było widać, że uśmiechali się do siebie i dużo się śmiali. W takich
chwilach Heath nie patrzył na nią tak, jakby sądził, że tak dobrze
zorganizowała jego lot do Seattle, było to warte swobodnego śmiechu, ale
zamiast tego jakby cieszył się z jej obecności w swoim biurze w taki sposób, jakby
lubił dzielić się z nią później kieliszkiem wina, a potem dostać od niej loda.
Jednak
w tym momencie nie mogłam myśleć o Heath i Sandy.
Mogłam
tylko myśleć o tym, że wkurzałam się na Randy’ego Biermana, kutasa rezydenta.
–
Na litość boską, dlaczego? – warknęłam.
Tandy
niezręcznie potarła usta, po czym pochyliła się bardziej w moją stronę i
powiedziała – Mimo wszystko on uważa, że oboje radzicie sobie słabo.
-
Oboje przekraczamy nasze normy – zauważyłam.
-
Wiem to. Lloyd o tym wie. Pan Berger o tym wie. Ale dziewczyny rozmawiały ze
sobą i właściwie uważamy, że nie chodzi tu o ciebie i Heatha. Chodzi o Lloyda.
Wybiera was, żeby podkopać Lloyda.
Poczułam,
że moje oczy się rozszerzają.
-
Co? Dlaczego? Lloyd jest niesamowity.
Tym
razem przesunęła się do przodu na swoim krześle, tak że opierała się o moje
biurko, kiedy do mnie szepnęła - Jakiś czas temu, po zamordowaniu doktora
Gartnera, Lloyd poprosił o kilka szczegółów na temat Tenrixa, których nie mógł
znaleźć na serwerach, a były to zwykłe rzeczy, do których on jako kierujący powinien
mieć dostęp. Chyba coś ważnego, chociaż nie wiem co. Ale tego tam nie było.
Potrzebował tego, bo musi kierować tobą i Heathem w prowadzeniu waszych
przedstawicieli, aby sprzedali produkt, tak aby miał do niego dostęp. Pan
Bierman powiedział mu, że to znajdzie i przekaże Lloydowi. Nie zrobił tego.
Lloyd
pytał o to chyba milion razy. Zanim
Miranda poszła po to na produkcję, powiedziała Jennie, która powiedziała mi, że
słyszała kłótnię pana Biermana i Lloyda w jednej z tylnych sal konferencyjnych,
a Lloyd mówił panu Bierman’owi, że jeśli nie przekaże tej informacji w ciągu
dwudziestu czterech godzin, pójdzie do pana Bergera.
-
Dał mu to?
Skinęła
głową - Tak, ale tu właśnie pojawia się dziwność.
O
cholera.
Więcej
dziwnego.
-
Co dziwnego? - Zapytałam.
-
Kathleen powiedziała, że daty w plikach komputerowych pochodzą z tego dnia.
Kathleen
była sekretarką Lloyda, ale mimo to Lloyd otrzymywał swoje e-maile bezpośrednio
i poufne dokumenty nie przechodziły przez nią.
–
Skąd to wiedziała?
Tandy
zaczęła wyglądać nieswojo - Ona, hm… jakby spojrzała mu przez ramię i zobaczyła
to.
Pominęłam
to i nacisnęłam - To znaczy…?
-
Frankie, te pliki powinien był zapisać doktor Gartner jakieś miesiące temu. Niektóre z nich lata. Wszystkie zostały nadane tego samego dnia i ten dzień był tym dniem.
O
nie.
Miałam
wrażenie, że wiedziałam, co to oznaczało i nie było mowy, żeby było to dobre.
-
Ktoś je poprawił? - Zapytałam.
Potrząsnęła
głową - Nie wiem. Nie umknęło to uwadze Lloyda i Kathleen powiedziała mi, że
poszedł w tej sprawie do pana Biermana. Pan Bierman to wyjaśnił, ale Frankie,
to podejrzane. Wszyscy tak myślą.
Ja
też.
Pomyślałem
też, że być może asystenci wtykali nosy trochę za głęboko w coś, co mogło nie
być do końca zdrowe.
Więc
poradziłam - Musisz być ostrożna, Słonko.
Spojrzała
na swoje kolana.
-
Tandy – zawołałam i znów na mnie spojrzała - Musisz być ostrożna. Rozumiem, że
jest kutasem, zachowuje się tak bardziej niż zwykle kutasy, polityka w biurze
robi się paskudna, dziwnie się zachowuje, a wy jesteście ciekawi. Ale nie
sądzę, żeby to wszystko było dobre, więc cokolwiek zrobisz, musisz robić to w
taki sposób, żebym mogła cię chronić. Jak Lloyd, Bierman czy ktokolwiek inny
dowie się, że węszycie w tej sprawie, w ostatecznym rozrachunku to nie jest wasza
sprawa i ta informacja jest prawdopodobnie poufna. Z tego powodu to, co robisz,
będzie trudne do wyjaśnienia i może być podstawą w najlepszym przypadku do
pisemnego ostrzeżenia, a w najgorszym do zwolnienia. Oznacza to również, że
jeśli zostaniesz zdemaskowana, będzie to poważne wykroczenie i nie będę mogła
cię chronić.
Nie
powiedziałam jej, że doktor Gartner, którego akta zostały zmienione, nie żyje,
o czym wiedziała, ale mogła nie wiedzieć, co to mogło oznaczać.
A
to oznaczało, że jeśli jedno jest powiązane z drugim, naprawdę nie mogłam jej chronić.
-
Niech to się rozegra samo – powiedziałam, aby dokończyć - Opiekuję się tobą,
kiedy mówię ci, żebyś wykonywała swoją pracę, zachowywała się bezpiecznie i
pozwalała, aby działo się, cokolwiek ma się wydarzyć. Lloyd nie jest głupi.
Pracuje w tej firmie od sześciu lat. Ma w tym inwestycje. Nie jest największym
fanem Biermana. Niech grube ryby udowodnią, która ma najostrzejsze zęby.
Potarła
wargi o siebie w sposób, który nie wywołał u mnie ciepłych przeczuć. Te uczucia
stały się wręcz kłujące, gdy unikała mojego wzroku przez kilka sekund. Ale
poczułam się lepiej, kiedy spojrzała na mnie i skinęła głową.
-
Okej, Słonko, podziel się tą mądrością z Sandy, Jennie i kimkolwiek innym, i
bądź mądra, dobrze?
–
Okej, Frankie.
Uśmiechnęłam
się do niej.
Odwzajemniła
się małym, dziwnym uśmiechem, który również nie wywołał u mnie ciepłych przeczuć
i opuściła biuro.
Spojrzałam
ponownie na komputer i zobaczyłam, że do spotkania pozostało siedemnaście
minut.
Oznaczało
to, że chwyciłam za komórkę, znalazłam numer Benny’ego i się połączyłam.
Odpowiedział
- Hej, cara, myślałem, że masz
spotkanie dopiero o czwartej?
-
Ben, Bierman celuje we mnie i mojego kolegę, Heatha, próbując postawić mojego
szefa w złym świetle, a jego celem jest próba uzyskania informacji na temat
moich podróży do Chicago i moich dni osobistych.
Ben
milczał przez minutę, zanim mruknął - Kurwa.
–
Aha – zgodziłam się.
–
Zajęłaś się tym? – zapytał.
-
W pierwszym roku urlop nie nalicza się zbyt szybko, ale trochę go dostajesz. Odebrałam
trzy dni chorobowe i jeden dzień osobisty, więc jest to koszerne. Moi
przedstawiciele zajmują się produkcją, więc jest to koszerne. Nie ma też śladu,
który pozwoliłby ustalić, gdzie przebywałam, kiedy byłam poza zasięgiem podczas
pobytu w Chicago, ponieważ nigdy nie przebywałam poza zasięgiem, kiedy byłam w
Chicago. Oznacza to, że Bierman zmienia się z kutasa w totalnego dupka. Nie
wiem, jak zachowują się totalni dupkowie, a polityka biurowa może być brzydka.
Nie jest niczym niezwykłym, że członkowie zespołu stają się celem, aby pokonać
wyższy poziom, a ci członkowie zespołu pierwsi upadają.
-
Więc myślisz, że nie jest dobrym pomysłem, skoro on patrzy na twój czas
spędzony w Chicago, prosić o pracę w Chicago – domyślił się Ben.
-
Nie. Myślę, że oboje powinniśmy być przygotowani na to, że zrobi się
nieprzyjemnie. A twoją częścią jest to, że jeśli zrobi się nieprzyjemnie,
będzie to, że będziesz musiał słuchać mojej tyrady i znosić moje ciągłe świrowanie.
Bo ciężko pracuję dla tej firmy i jeśli odmówią mi pracy w Chicago, niech tak
będzie. Ale jeśli stanę się celem dupka chcącego zemsty na moim szefie, nie
jestem typem dziewczyny, która poddaje się bez walki.
Kiedy
powiedział - To moja Frankie - w jego głosie był uśmiech.
Tak.
Właśnie taka byłam.
Frankie
Benny’ego.
Nagle
nie byłam już zdenerwowana.
-
Jest coś więcej – powiedziałam mu.
–
Sposób, w jaki to mówisz, nie brzmi, jakbyś chciała mi powiedzieć, że masz
ochotę zadzwonić do mnie w nocy, jak wrócę do domu z restauracji, żebyśmy mogli
uprawiać seks przez telefon.
W
tym momencie zanotowałam sobie w pamięci, żeby ustawić budzik, żebym mogła się
obudzić i zadzwonić do Benny’ego, kiedy wróci do domu z restauracji, abyśmy
mogli uprawiać seks przez telefon.
Wtedy
powiedziałam - Nie, kochanie, to nie to więcej. Chodzi o to, że moja asystentka
w porozumieniu z kilkoma innymi asystentami odkryła, że dzieje się więcej
dziwnych rzeczy, które dodają się do tych naprawdę dziwnych rzeczy, które już
dzieją się z Bierman’em.
-
Trzymaj się od tego z daleka, Frankie – rozkazał Ben, a moje plecy się
wyprostowały.
–
Trzymam się – syknęłam - Ale moja asystentka nie, a ja ją lubię. Powiedziałam
jej, żeby to rzuciła, ale jak zapewniła mnie, że to zrobi, zrobiła to w sposób,
który nie przyprawił mnie o dobre przeczucie.
-
Ona nadstawia głowę, to jej problem, nie twój.
-
Ben… - zaczęłam.
-
To nie jest twoja sprawa, Francesca – przerwał mi – Powiedziałaś jej, żeby
odstąpiła. Jak tego nie robi, to będzie jej decyzja i jej konsekwencje.
Kiedy
wypowiedział słowo „konsekwencje”, mój żołądek zaczął się skręcać.
–
Kochanie? - zawołał Benny.
–
Co? - Zapytałam.
–
Jesteś w tym ze mną?
–
To dobra dziewczyna, Benny. Lubię ją. A to, co odkryła, nie jest dobre.
-
Więc zgłoś to swojemu szefowi – poradził Benny.
–
Jeśli to zrobię, będzie wiedział, że ona i jej załoga węszyli przy tym.
–
Jej konsekwencje – powtórzył Benny - Jeśli coś nie jest dobre, zgłoś mu to i
pozwól mu się tym zająć.
–
Myślę, że on już o tym wie – mruknęłam.
-
Racja. To dobrze. Niech sobie będzie.
Odetchnęłam
głęboko i spojrzałam na zegar w komputerze.
Czternaście
minut do spotkania.
-
Muszę iść – powiedziałam do Bena - Muszę przygotować się psychicznie na to, że
dziś wieczorem będę poszukiwała pracy, a to coś, co znajduje się na mojej
liście ulubionych rzeczy do zrobienia tuż przed wyrywaniem wszystkich włosów z
cebulkami.
Gdy
doradził - Patrz na nagrodę, kochanie - w jego głosie zabrzmiał śmiech.
Tak.
Na
nagrodę.
–
W porządku, kochanie – powiedziałam cicho.
-
Zadzwoń do mnie, kiedy wyjdziesz ze spotkania – rozkazał.
-
Zadzwonię.
–
Powodzenia, tesorina – powiedział
cicho.
-
Dzięki, Ben – szepnęłam.
-
Kocham cię, kochanie.
-
Ciebie też.
Usłyszałam
jego chichot, zanim powiedział „Później”, w odpowiedzi usłyszał moje „Później”
i rozłączyliśmy się.
Udało
mi się skoncentrować na odpowiedzi na dwa całe e-maile, zanim wstrzymałam
oddech, wstałam z fotela i udałam się do biura Lloyda.
*****
Kiedy
wyszłam z biura Lloyda, było już po piątej.
Nie
dlatego, że odbyliśmy szczegółowe spotkanie strategiczne na temat tego, jak mogłabym
nadal wykonywać swoją pracę, ale z domowego biura. Natomiast dlatego, że Lloyd
potraktował nasze spotkanie jako okazję do zapoznania się z absolutnie
wszystkim, co robiłam.
Sprawdzał.
Nie dlatego, że miał jakieś problemy z moją pracą. Dlatego żeby mógł uporządkować
swoją wiedzę, bo przygotowywał się na uderzenie.
Gdy
wróciłam do biura, Tandy już nie było. Sprawdziłam pocztę, posortowałam trochę
rzeczy na biurku, po czym zamknęłam biuro, chwyciłam komórkę i wyszłam. Nie
nacisnęłam „Dzwoń” do Benny’ego, dopóki nie znalazłam się w windzie, a zrobiłam
to tylko dlatego, że weszłam do windy sama.
–
Co powiedział, kochanie? - było jego pozdrowieniem.
Chciał
dla mnie dobrych wieści. Chciał też mojego tyłka w Chicago.
To
mnie uszczęśliwiło.
Moje
wiadomości nie.
-
Powiedział, że nie ma z tym problemu, ale jest to sytuacja bezprecedensowa,
nikt tego nie zrobił i będzie musiał porozmawiać z panem Bergerem –
powiedziałam - Powiedział też, że zrobi to w tym tygodniu i skontaktuje się ze
mną.
-
Czy ze swoim stwierdzeniem: „nie ma problemu” naprawdę sprawiał wrażenie, jakby
nie miał z tym żadnego problemu?”
Pytanie
Bena mówiło, że Ben nie był głupi, ale to już wiedziałam.
-
Nie owijał w bawełnę i nie gratulował mi rozwoju mojego związku z mężczyzną,
którego kocham.
Usłyszałam
uśmiech w jego głosie, nawet jeśli to, co powiedział dalej, było poważne.
-
Więc nie masz pojęcia, czy poprze twoją grę.
-
Wiem tylko, że mnie lubi i nie chce mnie stracić. Nie mam pojęcia, w jaki
sposób zostanie to przekazane, gdy zbliży się do Bergera.
-
Więc brak odpowiedzi, tylko krok bliżej nich – mruknął.
-
Tak – odpowiedziałam.
-
Zamierzasz poczekać, czy zaplanować z wyprzedzeniem?
-
Dziś wieczorem będę przeglądać ogłoszenia o pracę w Internecie, jedząc moje
Lean Cuisine[1].
Ben
wydawał się zaskoczony, gdy zapytał – Jesz Lean Cuisine?
Uśmiechnęłam
się do telefonu, gdy drzwi windy się otworzyły - Nie Słonko. Prawdopodobnie
zatrzymam się w Arby’s[2].
Zapadła
chwila ciszy, zanim wymamrotał - Potrzebuję mojego maleństwa w domu, żebym mógł
je lepiej karmić.
To
przyprawiło mnie o ciepłe dreszcze.
-
Minuta po minucie, Benny – powiedziałam cicho, idąc przez parking do mojego
samochodu.
-
Minuta po minucie, kochanie – odpowiedział – Muszę wracać do kuchni.
-
Okej, Ben.
–
Później, cara.
-
Później, kochanie, kocham cię.
–
Ciebie też.
Uśmiechnęłam
się, rozłączając się. Potem otworzyłam drzwi samochodu, wśliznęłam się do
środka, trzymając telefon w jednej ręce, torebkę na ramieniu i torbę na
komputer w drugiej.
Usiadłam,
włożyłam kluczyk do stacyjki i niewidzącym wzrokiem spojrzałam przez przednią
szybę. Ale na to, co zobaczyłam, skupiłam się i nie przekręciłam kluczyka.
Stało
się tak, ponieważ Tandy, Sandy i Jennie, z cholerną Mirandą (która miała być w
zakładzie produkcyjnym) i geekiem IT, który przyszedł i skonfigurował mój
komputer pierwszego dnia (jego imię mi uciekło), stali w skupieni obok
niebieskiej Hondy CR-V.
A
ta rozmowa nie wyglądała, jakby Tandy odpuściła.
###
Dziękuję
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuń