sobota, 14 października 2023

20 - Kołysząc się na wietrze (cz.1)

 

Rozdział 20

Kołysząc się na wietrze (cz.1)

 

 

- Wszystko okej?

Przeniosłam wzrok z ekranu komputera, na którym obsesyjnie obserwowałam postęp czasu w prawym dolnym rogu, na Tandy stojącą w drzwiach mojego biura.

Odpowiedź na jej pytanie brzmiała: nie, nie było okej.

Był poniedziałek, po spędzeniu weekendu z Bennym tylko po to, by spędzić weekend z Bennym, a także po byciu tam na rodzinnej uroczystości, która polegała na zdmuchnięciu przez niego urodzinowych świeczek na zrobionej przez niego pizzy i wszyscy pracownicy zaczęli w trakcie pracy ssać szybkie łyki Chianti. Ben otwierał prezenty pomiędzy pieczeniem pizzy a wydawaniem zamówień. Theresa, Vinnie, Manny i Sela byli w pobliżu, przeważnie zachowywali się głośno, wkurzali Bena i przeszkadzali.

Całą noc przesiedziałam z Benem w kuchni, moja dupa zajmowała miejsce na blacie, bo siedziałam na nim z kieliszkiem w ręku i na przemian gadałam z moim mężczyzną, dawałam mu swoje gówno i rozmawiałam z, jak to nazywał, „jego dziećmi”. Poświęciłam ten czas, aby ich poznać, co bardzo mi się podobało, ponieważ byli dobrymi dziećmi i fajnie było przebywać w ich towarzystwie.

Tak naprawdę Ben prowadził wesołą kuchnię. To była zdecydowanie praca – gorąca praca, przy włączonych piekarnikach i włączonych piecach, pośpiechu ludzi, zawsze zajętych.

Ale byłam w tej kuchni, kiedy Vinnie ją prowadził i, chociaż nie był dupkiem, był nadzorcą.

Dziwnie było znać sposób pracy ojca, a potem widzieć tam jego syna.

Oboje traktowali to, co robili, poważnie. Oboje to przekazali. Ale Ben był o wiele bardziej wyluzowany, a dzieci zareagowały na to.

Patrząc, jak pracował, niewzruszona w stylu zakochanej kobiety, zakochiwałam się jeszcze bardziej, moja i tak już ogromna duma z bycia kobietą Benny’ego rosła, kiedy patrzyłam, jak prowadził swoją kuchnię. Jego dzieci go lubiły. Organizował chaos bez widocznego wysiłku. Nie chodziło mu o krzyczenie i dominowanie. Chodziło o ciche słowa i wskazówki. I każde ciasto lub danie postawione na podgrzewanej półce w celu wyjęcia wyglądało apetycznie, bo wiedziałam, że takie było.

To nie było tak, że organizował akcję pomocy ofiarom katastrofy.

Mimo wszystko było wspaniale.

W sobotę w ciągu dnia i w niedzielę przed moim wyjazdem do domu Ben i ja zajmowaliśmy się jego biurem. W piątek Ben zadzwonił do operatora telewizji kablowej, aby zainstalował gniazda internetowe. W sobotę poszliśmy kupić szafkę na dokumenty, niszczarkę i komputer stacjonarny. Zajęło nam to wiele godzin, ale udało nam się uruchomić system, który mógł (mógł) ułatwić nam resztę prac w domu. Wynieśliśmy mnóstwo śmieci, część wyrzuciliśmy i ostatecznie biuro wyglądało bardziej jak biuro, a nie jak graciarnia.

Pokój, który można znaleźć w domu, a nie w kawalerce.

Innymi słowy, uważałam, że każda minuta była warta wysiłku.

Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że odkryłam, że Benny nie był zbieraczem.

Po prostu nie zawracał sobie głowy wyrzucaniem gówna, kiedy należało je wyrzucić. Nie prowadziliśmy żadnych bitew o zatrzymanie rzeczy. Nie angażował się też w projekt przez piętnaście minut, a potem miał dość i próbował znaleźć pretekst do ucieczki. Oprócz tego, że naśmiewałam się z niego, że jest leniwym tyłkiem, a Benny uśmiechał się przez to, pracowaliśmy obok siebie w harmonii.

To była niezła zabawa.

Domowe szczęście w stylu Frankie i Benny’ego.

Więc teraz był poniedziałek. Poniedziałek po tym, jak byłam pod wrażeniem umiejętności kuchennych Benny’ego i otrzymałam od Benny’ego kolejną obietnicę, że życie u jego boku będzie dobre, biorąc pod uwagę, że nie był zbieraczem lub kimś, kto zrzuci na mnie całą tę gównianą robotę lub podejdzie do tego na swój wesoły sposób.

Był to także poniedziałek, kiedy dałam Benny’emu coś, co uważałam za żałosną odpłatę za moje urodziny, a on uznał to za coś zupełnie innego. A to było coś, co sprawiło, że zakochałam się w nim jeszcze bardziej, ponieważ, choć było to proste, dla Benny’ego było wszystkim i to mi się podobało.

Bardzo.

I na koniec, był poniedziałek, po tym jak dałam mu głupi prezent. Spodziewałam się, że Ben będzie się śmiał i odrzuci na bok, a ja to ja przyczepię go do ściany w kuchni i napiszę na nim różne rzeczy, ale tak się nie stało.

Podobało mi się, że tak nie było. Właściwie podobało mi się to, dlaczego tak nie było.

Miałam wrażenie, że to był prezent, który odmienił życie nas obojga.

Ponieważ niespodziewanie zaplanowaliśmy wspólne zamieszkanie.

Ale kiedy dałam mu ten kalendarz, zaplanowaliśmy spędzenie razem reszty życia.

Było mi z tym dobrze. Nie zastanowiłam się nad tym dwa razy i wiedziałam, że nie weszłam w to na sposób, na jaki nigdy bym tego nie zrobiła.

Stało się tak, ponieważ Benny Bianchi zawsze był obietnicą, a jednocześnie Benny Bianchi był nagrodą na koniec szalonego życia.

Nie było więc powodu, aby się nad tym dwa razy zastanawiać.

I już nigdy nie miałam zamiaru czuć się głupio z powodu moich głupkowatych prezentów.

Był poniedziałek i o czwartej miałam się spotkać z szefem, aby zapytać, czy istniała możliwość, że firma rozważy udostępnienie mi pracy z domu w Chicago od października.

Byłam zdenerwowana, bo spodziewałam się, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”, ponieważ wszyscy członkowie kierownictwa pracowali w naszej siedzibie głównej w Indianapolis.

Podobała mi się ta praca. Zarabiałam świetne pieniądze. Moi przedstawiciele (wszyscy oprócz jednego) byli niesamowici. Robili dobrze i robiąc to, sprawiali, że ja dobrze wyglądałam. I miałam świetną asystentkę. Nie chciałam nic z tego stracić.

Co więcej, poszukiwanie pracy było do niczego.

Wiele więc zależało od tego spotkania.

Jeśli by odmówili, nadal miałam zamiar odejść. Miałam tylko naprawdę wielką nadzieję, że nie będę musiała tego robić.

- Jest okej – odpowiedziałam Tandy, kłamiąc.

- Wyglądasz dziwnie – zauważyła, wchodząc i patrząc na mnie. Usiadła naprzeciwko mnie i mówiła dalej – Wiem, że to wścibskie i nie ma nic złego w tym, że nie odbierasz, ale w piątek wydawałaś się być w naprawdę dobrym nastroju. Ale w ten weekend wróciłaś do swojego faceta i teraz wydajesz się… cóż… nie w dobrym nastroju.

Była taka słodka.

Byłoby źle, gdybym musiała ją stracić.

Kolejny powód, dla którego nie czułam się dobrze.

- Nic nam nie jest, Tandy – zapewniłam ją i przynajmniej taka była prawda, choć było to niedopowiedzenie.

- Okej – odpowiedziała, brzmiąc, jakby tego nie kupowała.

- Mam w głowie tylko to spotkanie z Lloydem – wyjaśniłam - Kiedy już się z nim spotkam, opowiem ci całą historię.

Przechyliła głowę na bok i nie podobał mi się wyraz jej twarzy, gdy to zrobiła.

– Czy powinnam się martwić? – zapytała, wyjaśniając jej wygląd.

- Nie – powiedziałam szybko, wyciągając do niej rękę i stukając nią głupio, ale miałam nadzieję, że pocieszająco, w biurko - Absolutnie nie. Nie chodzi o ciebie.

Nagle zrobiła wykrętną minę (a zatem najwyraźniej stukanie w biurko nie zadziałało), gdy mruknęła - Po prostu pomyślałam, że mogłaś się dowiedzieć…

Umilkła, wykręciła szyję, żeby spojrzeć na ścianę okna, a potem z powrotem na mnie, ale nie powiedziała nic więcej.

– Dowiedziałam się czego? – podpowiedziałam.

- Nic. To głupie. To chyba nic takiego – stwierdziła.

– Co prawdopodobnie jest niczym? - Naciskałam, nie mając dobrego przeczucia co do jej zachowania, które zupełnie nie było do niej podobne.

Wciągnęła powietrze, po czym zakołysała tyłkiem na krześle, jakby chciała się usadzić i pochyliła się w moją stronę. Kiedy znów się odezwała, jej głos był niższy, cichy, konspiracyjny.

- To nie było nic wielkiego. Powiedziałam Lloydowi, a on się tym zajął, więc naprawdę nie chciałam cię martwić, ale w czwartek, kiedy spędzałaś prywatnie dzień w Chicago, przyszedł pan Bierman i poprosił mnie, żebym dała mu kopię twojego planu zajęć. Zapytał, ile razy byłaś w Chicago w sprawach służbowych i ile dni wolnych wzięłaś.

O mój Boże.

– Dlaczego miałby to robić? - Zapytałam.

- Nie wiem – odpowiedziała – A mu tego nie dałam. Powiedziałam mu, żeby porozmawiał z Lloydem, gdyby miał pytania dotyczące twojego harmonogramu. Zrobiło mu się trochę głupio, jak to ma w zwyczaju, i Heath widział, jak to się stało. Wyszedł ze swojego biura i interweniował. Pan Bierman wycofał się i uciekł, ale Heath powiedział mi, że powinnam zgłosić to Lloydowi i poszedł ze mną, kiedy to robiłam. Kiedy mu powiedziałam, Lloyd wyglądał na naprawdę wkurzonego. Obiecał mi, że się tym zajmie. Potem on i Heath pozostali w jego biurze strasznie długo i nie wyglądało na to, żeby rozmowa była wesoła. Później Sandy powiedziała mi, że kiedy Heath był w zeszłym tygodniu w San Francisco, pan Bierman poprosił o tego samego rodzaju informacje na jego temat.

Sandy była asystentką Heatha, a Sandy była podobna do Tandy pod względem słodyczy, inteligencji, trzymając rękę na pulsie i będąc bardzo ładną.

Miałam też przeczucie, że Heath posuwał Sandy, co nie byłoby dobre, jeśli mieliby coś ze sobą, mieszając razem w firmowym basenie z kimś, kto pracował pod tobą. Ale jeśli tak, to ona nic nie mówiła i oczywiście Heath też nie. Gdyby mówiła, Tandy by mi powiedziała.

Prawdę powiedziawszy, odbyli wiele spotkań za zamkniętymi drzwiami, podczas których przez okna było widać, że uśmiechali się do siebie i dużo się śmiali. W takich chwilach Heath nie patrzył na nią tak, jakby sądził, że tak dobrze zorganizowała jego lot do Seattle, było to warte swobodnego śmiechu, ale zamiast tego jakby cieszył się z jej obecności w swoim biurze w taki sposób, jakby lubił dzielić się z nią później kieliszkiem wina, a potem dostać od niej loda.

Jednak w tym momencie nie mogłam myśleć o Heath i Sandy.

Mogłam tylko myśleć o tym, że wkurzałam się na Randy’ego Biermana, kutasa rezydenta.

– Na litość boską, dlaczego? – warknęłam.

Tandy niezręcznie potarła usta, po czym pochyliła się bardziej w moją stronę i powiedziała – Mimo wszystko on uważa, że oboje radzicie sobie słabo.

- Oboje przekraczamy nasze normy – zauważyłam.

- Wiem to. Lloyd o tym wie. Pan Berger o tym wie. Ale dziewczyny rozmawiały ze sobą i właściwie uważamy, że nie chodzi tu o ciebie i Heatha. Chodzi o Lloyda. Wybiera was, żeby podkopać Lloyda.

Poczułam, że moje oczy się rozszerzają.

- Co? Dlaczego? Lloyd jest niesamowity.

Tym razem przesunęła się do przodu na swoim krześle, tak że opierała się o moje biurko, kiedy do mnie szepnęła - Jakiś czas temu, po zamordowaniu doktora Gartnera, Lloyd poprosił o kilka szczegółów na temat Tenrixa, których nie mógł znaleźć na serwerach, a były to zwykłe rzeczy, do których on jako kierujący powinien mieć dostęp. Chyba coś ważnego, chociaż nie wiem co. Ale tego tam nie było. Potrzebował tego, bo musi kierować tobą i Heathem w prowadzeniu waszych przedstawicieli, aby sprzedali produkt, tak aby miał do niego dostęp. Pan Bierman powiedział mu, że to znajdzie i przekaże Lloydowi. Nie zrobił tego. Lloyd pytał o to chyba milion razy. Zanim Miranda poszła po to na produkcję, powiedziała Jennie, która powiedziała mi, że słyszała kłótnię pana Biermana i Lloyda w jednej z tylnych sal konferencyjnych, a Lloyd mówił panu Bierman’owi, że jeśli nie przekaże tej informacji w ciągu dwudziestu czterech godzin, pójdzie do pana Bergera.

- Dał mu to?

Skinęła głową - Tak, ale tu właśnie pojawia się dziwność.

O cholera.

Więcej dziwnego.

- Co dziwnego? - Zapytałam.

- Kathleen powiedziała, że daty w plikach komputerowych pochodzą z tego dnia.

Kathleen była sekretarką Lloyda, ale mimo to Lloyd otrzymywał swoje e-maile bezpośrednio i poufne dokumenty nie przechodziły przez nią.

– Skąd to wiedziała?

Tandy zaczęła wyglądać nieswojo - Ona, hm… jakby spojrzała mu przez ramię i zobaczyła to.

Pominęłam to i nacisnęłam - To znaczy…?

- Frankie, te pliki powinien był zapisać doktor Gartner jakieś miesiące temu. Niektóre z nich lata. Wszystkie zostały nadane tego samego dnia i ten dzień był tym dniem.

O nie.

Miałam wrażenie, że wiedziałam, co to oznaczało i nie było mowy, żeby było to dobre.

- Ktoś je poprawił? - Zapytałam.

Potrząsnęła głową - Nie wiem. Nie umknęło to uwadze Lloyda i Kathleen powiedziała mi, że poszedł w tej sprawie do pana Biermana. Pan Bierman to wyjaśnił, ale Frankie, to podejrzane. Wszyscy tak myślą.

Ja też.

Pomyślałem też, że być może asystenci wtykali nosy trochę za głęboko w coś, co mogło nie być do końca zdrowe.

Więc poradziłam - Musisz być ostrożna, Słonko.

Spojrzała na swoje kolana.

- Tandy – zawołałam i znów na mnie spojrzała - Musisz być ostrożna. Rozumiem, że jest kutasem, zachowuje się tak bardziej niż zwykle kutasy, polityka w biurze robi się paskudna, dziwnie się zachowuje, a wy jesteście ciekawi. Ale nie sądzę, żeby to wszystko było dobre, więc cokolwiek zrobisz, musisz robić to w taki sposób, żebym mogła cię chronić. Jak Lloyd, Bierman czy ktokolwiek inny dowie się, że węszycie w tej sprawie, w ostatecznym rozrachunku to nie jest wasza sprawa i ta informacja jest prawdopodobnie poufna. Z tego powodu to, co robisz, będzie trudne do wyjaśnienia i może być podstawą w najlepszym przypadku do pisemnego ostrzeżenia, a w najgorszym do zwolnienia. Oznacza to również, że jeśli zostaniesz zdemaskowana, będzie to poważne wykroczenie i nie będę mogła cię chronić.

Nie powiedziałam jej, że doktor Gartner, którego akta zostały zmienione, nie żyje, o czym wiedziała, ale mogła nie wiedzieć, co to mogło oznaczać.

A to oznaczało, że jeśli jedno jest powiązane z drugim, naprawdę nie mogłam jej chronić.

- Niech to się rozegra samo – powiedziałam, aby dokończyć - Opiekuję się tobą, kiedy mówię ci, żebyś wykonywała swoją pracę, zachowywała się bezpiecznie i pozwalała, aby działo się, cokolwiek ma się wydarzyć. Lloyd nie jest głupi. Pracuje w tej firmie od sześciu lat. Ma w tym inwestycje. Nie jest największym fanem Biermana. Niech grube ryby udowodnią, która ma najostrzejsze zęby.

Potarła wargi o siebie w sposób, który nie wywołał u mnie ciepłych przeczuć. Te uczucia stały się wręcz kłujące, gdy unikała mojego wzroku przez kilka sekund. Ale poczułam się lepiej, kiedy spojrzała na mnie i skinęła głową.

- Okej, Słonko, podziel się tą mądrością z Sandy, Jennie i kimkolwiek innym, i bądź mądra, dobrze?

– Okej, Frankie.

Uśmiechnęłam się do niej.

Odwzajemniła się małym, dziwnym uśmiechem, który również nie wywołał u mnie ciepłych przeczuć i opuściła biuro.

Spojrzałam ponownie na komputer i zobaczyłam, że do spotkania pozostało siedemnaście minut.

Oznaczało to, że chwyciłam za komórkę, znalazłam numer Benny’ego i się połączyłam.

Odpowiedział - Hej, cara, myślałem, że masz spotkanie dopiero o czwartej?

- Ben, Bierman celuje we mnie i mojego kolegę, Heatha, próbując postawić mojego szefa w złym świetle, a jego celem jest próba uzyskania informacji na temat moich podróży do Chicago i moich dni osobistych.

Ben milczał przez minutę, zanim mruknął - Kurwa.

– Aha – zgodziłam się.

– Zajęłaś się tym? – zapytał.

- W pierwszym roku urlop nie nalicza się zbyt szybko, ale trochę go dostajesz. Odebrałam trzy dni chorobowe i jeden dzień osobisty, więc jest to koszerne. Moi przedstawiciele zajmują się produkcją, więc jest to koszerne. Nie ma też śladu, który pozwoliłby ustalić, gdzie przebywałam, kiedy byłam poza zasięgiem podczas pobytu w Chicago, ponieważ nigdy nie przebywałam poza zasięgiem, kiedy byłam w Chicago. Oznacza to, że Bierman zmienia się z kutasa w totalnego dupka. Nie wiem, jak zachowują się totalni dupkowie, a polityka biurowa może być brzydka. Nie jest niczym niezwykłym, że członkowie zespołu stają się celem, aby pokonać wyższy poziom, a ci członkowie zespołu pierwsi upadają.

- Więc myślisz, że nie jest dobrym pomysłem, skoro on patrzy na twój czas spędzony w Chicago, prosić o pracę w Chicago – domyślił się Ben.

- Nie. Myślę, że oboje powinniśmy być przygotowani na to, że zrobi się nieprzyjemnie. A twoją częścią jest to, że jeśli zrobi się nieprzyjemnie, będzie to, że będziesz musiał słuchać mojej tyrady i znosić moje ciągłe świrowanie. Bo ciężko pracuję dla tej firmy i jeśli odmówią mi pracy w Chicago, niech tak będzie. Ale jeśli stanę się celem dupka chcącego zemsty na moim szefie, nie jestem typem dziewczyny, która poddaje się bez walki.

Kiedy powiedział - To moja Frankie - w jego głosie był uśmiech.

Tak. Właśnie taka byłam.

Frankie Benny’ego.

Nagle nie byłam już zdenerwowana.

- Jest coś więcej – powiedziałam mu.

– Sposób, w jaki to mówisz, nie brzmi, jakbyś chciała mi powiedzieć, że masz ochotę zadzwonić do mnie w nocy, jak wrócę do domu z restauracji, żebyśmy mogli uprawiać seks przez telefon.

W tym momencie zanotowałam sobie w pamięci, żeby ustawić budzik, żebym mogła się obudzić i zadzwonić do Benny’ego, kiedy wróci do domu z restauracji, abyśmy mogli uprawiać seks przez telefon.

Wtedy powiedziałam - Nie, kochanie, to nie to więcej. Chodzi o to, że moja asystentka w porozumieniu z kilkoma innymi asystentami odkryła, że dzieje się więcej dziwnych rzeczy, które dodają się do tych naprawdę dziwnych rzeczy, które już dzieją się z Bierman’em.

- Trzymaj się od tego z daleka, Frankie – rozkazał Ben, a moje plecy się wyprostowały.

– Trzymam się – syknęłam - Ale moja asystentka nie, a ja ją lubię. Powiedziałam jej, żeby to rzuciła, ale jak zapewniła mnie, że to zrobi, zrobiła to w sposób, który nie przyprawił mnie o dobre przeczucie.

- Ona nadstawia głowę, to jej problem, nie twój.

- Ben… - zaczęłam.

- To nie jest twoja sprawa, Francesca – przerwał mi – Powiedziałaś jej, żeby odstąpiła. Jak tego nie robi, to będzie jej decyzja i jej konsekwencje.

Kiedy wypowiedział słowo „konsekwencje”, mój żołądek zaczął się skręcać.

– Kochanie? - zawołał Benny.

– Co? - Zapytałam.

– Jesteś w tym ze mną?

– To dobra dziewczyna, Benny. Lubię ją. A to, co odkryła, nie jest dobre.

- Więc zgłoś to swojemu szefowi – poradził Benny.

– Jeśli to zrobię, będzie wiedział, że ona i jej załoga węszyli przy tym.

– Jej konsekwencje – powtórzył Benny - Jeśli coś nie jest dobre, zgłoś mu to i pozwól mu się tym zająć.

– Myślę, że on już o tym wie – mruknęłam.

- Racja. To dobrze. Niech sobie będzie.

Odetchnęłam głęboko i spojrzałam na zegar w komputerze.

Czternaście minut do spotkania.

- Muszę iść – powiedziałam do Bena - Muszę przygotować się psychicznie na to, że dziś wieczorem będę poszukiwała pracy, a to coś, co znajduje się na mojej liście ulubionych rzeczy do zrobienia tuż przed wyrywaniem wszystkich włosów z cebulkami.

Gdy doradził - Patrz na nagrodę, kochanie - w jego głosie zabrzmiał śmiech.

Tak.

Na nagrodę.

– W porządku, kochanie – powiedziałam cicho.

- Zadzwoń do mnie, kiedy wyjdziesz ze spotkania – rozkazał.

- Zadzwonię.

– Powodzenia, tesorina – powiedział cicho.

- Dzięki, Ben – szepnęłam.

- Kocham cię, kochanie.

- Ciebie też.

Usłyszałam jego chichot, zanim powiedział „Później”, w odpowiedzi usłyszał moje „Później” i rozłączyliśmy się.

Udało mi się skoncentrować na odpowiedzi na dwa całe e-maile, zanim wstrzymałam oddech, wstałam z fotela i udałam się do biura Lloyda.

*****

Kiedy wyszłam z biura Lloyda, było już po piątej.

Nie dlatego, że odbyliśmy szczegółowe spotkanie strategiczne na temat tego, jak mogłabym nadal wykonywać swoją pracę, ale z domowego biura. Natomiast dlatego, że Lloyd potraktował nasze spotkanie jako okazję do zapoznania się z absolutnie wszystkim, co robiłam.

Sprawdzał. Nie dlatego, że miał jakieś problemy z moją pracą. Dlatego żeby mógł uporządkować swoją wiedzę, bo przygotowywał się na uderzenie.

Gdy wróciłam do biura, Tandy już nie było. Sprawdziłam pocztę, posortowałam trochę rzeczy na biurku, po czym zamknęłam biuro, chwyciłam komórkę i wyszłam. Nie nacisnęłam „Dzwoń” do Benny’ego, dopóki nie znalazłam się w windzie, a zrobiłam to tylko dlatego, że weszłam do windy sama.

– Co powiedział, kochanie? - było jego pozdrowieniem.

Chciał dla mnie dobrych wieści. Chciał też mojego tyłka w Chicago.

To mnie uszczęśliwiło.

Moje wiadomości nie.

- Powiedział, że nie ma z tym problemu, ale jest to sytuacja bezprecedensowa, nikt tego nie zrobił i będzie musiał porozmawiać z panem Bergerem – powiedziałam - Powiedział też, że zrobi to w tym tygodniu i skontaktuje się ze mną.

- Czy ze swoim stwierdzeniem: „nie ma problemu” naprawdę sprawiał wrażenie, jakby nie miał z tym żadnego problemu?”

Pytanie Bena mówiło, że Ben nie był głupi, ale to już wiedziałam.

- Nie owijał w bawełnę i nie gratulował mi rozwoju mojego związku z mężczyzną, którego kocham.

Usłyszałam uśmiech w jego głosie, nawet jeśli to, co powiedział dalej, było poważne.

- Więc nie masz pojęcia, czy poprze twoją grę.

- Wiem tylko, że mnie lubi i nie chce mnie stracić. Nie mam pojęcia, w jaki sposób zostanie to przekazane, gdy zbliży się do Bergera.

- Więc brak odpowiedzi, tylko krok bliżej nich – mruknął.

- Tak – odpowiedziałam.

- Zamierzasz poczekać, czy zaplanować z wyprzedzeniem?

- Dziś wieczorem będę przeglądać ogłoszenia o pracę w Internecie, jedząc moje Lean Cuisine[1].

Ben wydawał się zaskoczony, gdy zapytał – Jesz Lean Cuisine?

Uśmiechnęłam się do telefonu, gdy drzwi windy się otworzyły - Nie Słonko. Prawdopodobnie zatrzymam się w Arby’s[2].

Zapadła chwila ciszy, zanim wymamrotał - Potrzebuję mojego maleństwa w domu, żebym mógł je lepiej karmić.

To przyprawiło mnie o ciepłe dreszcze.

- Minuta po minucie, Benny – powiedziałam cicho, idąc przez parking do mojego samochodu.

- Minuta po minucie, kochanie – odpowiedział – Muszę wracać do kuchni.

- Okej, Ben.

– Później, cara.

- Później, kochanie, kocham cię.

– Ciebie też.

Uśmiechnęłam się, rozłączając się. Potem otworzyłam drzwi samochodu, wśliznęłam się do środka, trzymając telefon w jednej ręce, torebkę na ramieniu i torbę na komputer w drugiej.

Usiadłam, włożyłam kluczyk do stacyjki i niewidzącym wzrokiem spojrzałam przez przednią szybę. Ale na to, co zobaczyłam, skupiłam się i nie przekręciłam kluczyka.

Stało się tak, ponieważ Tandy, Sandy i Jennie, z cholerną Mirandą (która miała być w zakładzie produkcyjnym) i geekiem IT, który przyszedł i skonfigurował mój komputer pierwszego dnia (jego imię mi uciekło), stali w skupieni obok niebieskiej Hondy CR-V.

A ta rozmowa nie wyglądała, jakby Tandy odpuściła.

###



[1] Lean Cuisine - producent gotowych dań mrożonych o obniżonej zawartości tłuszczu i cukru.

[2] Arby’s - sieć barów / restauracji podobnych do Mac Donald’s.

2 komentarze: