piątek, 13 października 2023

19 - Na dłuższą metę (cz.2)

 Rozdział 19

Na dłuższą metę (cz.2)


###

Ben przeszedł korytarzem i uratował but przed Gusem, rzucając go na stół w jadalni, który znowu był pokryty gównem, ale było go więcej, bo rzucał tam wszystko, co musiało nie wchodzić w drogę Gusa, a wszystko, co potrzebowało zejść Gusowi z drogi było wszystkim.

Zaniósł psa pod pachę do kuchni, trzymał go, gdy podgrzewał kawę Frankie, podgrzewał własną, a następnie usiadł ze szczeniakiem przy kuchennym stole.

Gus nie potrzebował buta, skoro miał klatkę piersiową, szyję, szczękę i dłonie Bena, więc Benny odchylił się do tyłu, podciągnął go i dał mu je.

- W ten weekend zajmę się jadalnią.

To zostało ogłoszone przez Frankie, a wzrok Bena przeniósł się z psa na jego piersi na kobietę.

- Co takiego?

- Nie, biurem. Myślę, że powinnam zacząć od tego, bo połowa gówna w jadalni i tak tam wyląduje – kontynuowała.

- Uh… co takiego? - powtórzył Benny.

Spojrzała na niego przez ramię, mieszając ciasto w misce.

- Będziemy musieli kupić trochę wiszących segregatorów, może małą szafkę na dokumenty lub kilka półek, na których będziemy mogli umieścić powiększające się teczki. Twój wybór, ale musi to być coś innego niż różne stosy na każdej powierzchni i podłodze.

– O czym mówisz, Frankie?

Podeszła do przygotowanej formy i zaczęła przekładać ciasto.

- Masz duży dom, a używasz tylko czterech pokoi, bo reszta z nich to graciarnie. A połowa badziewia, jakie w nich widziałam, to po prostu śmieci. Zacznę więc od biura, przejdę do jadalni, potem do gabinetu i tutaj znajdą się szuflady na śmieci – Przestała przekładać i wyciągnęła rękę, by wskazać kuchnię. Znowu zaczęła przekładać i mówiła dalej - Kiedy ostatnim razem byłeś w pracy, kiedy ja byłam w domu, zapuściłam się do twojej piwnicy. Rzuciłam jedno spojrzenie i uciekłam, zanim cokolwiek mnie zaatakowało. O to też trzeba zadbać. Mogą tam być lokatorzy.

Ben wyszczerzył zęby i złapał Gusa, gdy próbował wykonać skok z klatki piersiowej na podłogę, po czym pochylił się i położył go na podłodze, mówiąc - Nie mam tam lokatorów na dole.

Postawiła miskę na blacie i zapytała - Kiedy ktoś tam był ostatni raz? 1977?

Nie zamierzał jej tego mówić, ale równie dobrze mogło tak być. Kiedy oglądał dom, patrzył na niego i był on wypełniony po deski, ale nie mógł powiedzieć, że był tam od tamtej pory, choćby po to, żeby sprawdzić, czy usunięto gówno, zanim się wprowadził. Głównie dlatego, że nie potrzebował tej przestrzeni, więc nie zawracał sobie tym głowy.

- To twój projekt – kontynuowała Frankie - Posprzątaj to. Rzeczy Małej Ligi mogą tam zejść, otwierając sypialnię na pokój gościnny.

- Nie potrzebuję pokoju gościnnego.

- Uch… tak, potrzebujesz – poinformowała go – Vi, Cal i dziewczyny mogą wpaść i chcieć zostać. Co oznacza, że prawdopodobnie powinieneś mieć w biurze futon lub coś takiego.

– Nie będę wynajmować im pokoju gościnnego, jeśli Vi i Cal przyjadą i będą potrzebować miejsca na nocleg. Głównie dlatego, że mama straciłaby rozum, gdyby rozbili się tutaj, a nie z nią.

Wkładała formę do piekarnika. Kiedy skończył mówić, zamknęła drzwi, odwróciła się do niego i położyła ręce na biodrach.

- A co będzie, kiedy Enzo przyjedzie do miasta? Albo mój brat Dino i jego rodzina?

Te słowa sprawiły, że Ben znieruchomiał i spojrzał na nią.

– Potrzebujemy pokoju gościnnego – oświadczyła.

Cholerne gówno.

Powiedziała my.

Spojrzała na podłogę, zobaczyła, że Gus przeciąga dywanik przed zlewem w inne, preferowane przez siebie miejsce, i podeszła do niego, pochylając się, podnosząc go i przytulając mocno, podczas gdy bosymi palcami odsunęła dywanik i robiła to wszystko, cały czas mówiąc.

– Zatem najpierw zajmę się biurem. I potrzebujesz komputera z Internetem, Benny. Być może chcesz być wybredny w sposobie komunikowania się w dzisiejszych czasach, korzystając tylko z telefonu komórkowego, ale tracisz łatwo dostępne informacje o godzinach meczów, godzinach oglądania filmów, aktualnej pogodzie i statusie moich lotów, więc my będziemy musieli się tym zająć - Spojrzała na niego i nie zamknęła się - Nie mówię, że masz mieć komputer i od razu zakładać swój profil na Facebooku. Wydaje mi się, że jeśli spróbujesz wpisać informacje o swoim profilu na Facebooku, twoje palce się zapalą. Mówię tylko, że w dzisiejszych czasach dom bez komputera nie jest domem.

Dom nie jest domem.

Jezu.

Jezu.

Frankie nadal się rządziła.

- Ty zajmiesz się piwnicą. Ale kiedy będę sortować rzeczy, będę cię potrzebować, żeby zapytać, jeśli znajdę coś, o czym nie wiem, czy powinnam wyrzucić, czy zatrzymać.

Skończyła, przysuwając Gusa blisko swojej twarzy, aby go przytulić, a szczeniak okazał swoje uznanie, liżąc jej szczękę.

Głos Benny’ego brzmiał szorstko, kiedy zapytał - Gdzie ja w tym będę?

Spojrzała na niego - Co?

– Powiedziałaś, że będziesz mnie potrzebować. Gdzie miałbym być?

- Nie wiem, zrobisz sztuczkę mężczyzny i znikniesz, kiedy trzeba wykonać gównianą robotę, której nie chcesz robić, o czym świadczy fakt, że mieszkasz w jego domu od cholernego długiego czasu i jaszcze nie zrobiłeś tego.

- Co my tu robimy, kochanie? – zapytał cicho, a jej brwi zbiegły się w jedną.

– Mówię o tym, jak uczynić twój dom domem, Benny.

Cholerne gówno.

– Dla mnie czy dla ciebie i mnie? – nacisnął, a jej twarz stała się pusta.

Wtedy już wiedział, że nie miała pojęcia, co znaczyło to wszystko, co mówiła.

On miał pojęcie, co to oznaczało. Miał tylko cholerną nadzieję, że miał rację.

Dlatego naciskał dalej.

– Wprowadzasz się do mnie?

Jej głos był zdyszany, a kiedy odpowiedziała pytaniem, mocno trzymając Gusa.

– Prosisz mnie?

- Zabrałbym cię dzisiaj, jeśli możesz to zrobić – odpowiedział.

- Benny – szepnęła z miękką twarzą i oczami pełnymi zachwytu i miłości.

Dużo miłości.

Chryste, była przez całą kuchnię, a w jej oczach błyszczało tyle miłości, że czuł ciepło w każdym centymetrze swojego ciała.

Uznał to za potwierdzenie.

I tak było. Jego urodziny były coraz lepsze.

– Będziesz w stanie to zrobić? - zapytał.

– Ja… mam umowę najmu.

- Kiedy się skończy?

- Październik.

- Więc wprowadzisz się w październiku – oznajmił.

- Ben, pracuję w Indianapolis – powiedziała cicho.

- Przez połowę czasu podróżujesz, nie będą mieli problemu, że popracujesz stąd. Zapytaj ich, czy możesz mieć biuro domowe w Chicago, by organizować wideokonferencje podczas spotkań. Kiedy będziesz w moim łóżku, w moim domu, nie będzie problemu ze sprzątnięciem tej piwnicy, kupnem komputera z Internetem i zapewnieniem ci pokoju gościnnego, żeby twoja popierdolona rodzina mogła zostać, doprowadzać nas do szaleństwa i będziemy mogli świętować, kiedy spierdolą.

Wpatrywała się w niego, ale nic nie powiedziała.

– Myślisz, że na to pójdą? – zapytał.

- Myślę, że w moją pierwszą rocznicę, czyli w tym samym miesiącu, w którym wygaśnie moja umowa najmu, jeśli nie pójdą na to, odejdę i znajdę pracę w Chicago.

Jezu.

Jezu.

– Chodź tu, Frankie – warknął.

- Nie. Jeśli to zrobię, będziesz się mną zajmował i ciasto się spali.

– Chodź tutaj, cara.

- Nie, widzę po twojej twarzy, że jesteś szczęśliwy, a ja jestem bardzo szczęśliwa, a całe to szczęście przełoży się na zrujnowany tort urodzinowy.

- Kochanie. Odłóż psa i chodźtutaj.

Pochyliła się, żeby postawić Gusa na podłodze i podeszła do niego. Kiedy się zbliżyła, poprowadził jej tyłek na swoje kolana i otoczył ją ramionami. Kiedy to robił, Frankie owinęła mu ramiona swoimi ramionami.

Kiedy miał ją tam, gdzie chciał, powiedział cicho - Najlepsze urodziny w życiu.

Piękno przenikało jej rysy bardziej niż kiedykolwiek u niej widział, a spędził dziesięciolecia, obserwując mnóstwo piękna u Franceski Concetti.

- Mój niesamowity Benny – odpowiedziała szeptem, zaciskając ramiona, jedną ręką znajdując jego szyję i owijając się wokół, ale jej ciało stopiło się z jego.

– Uszczęśliwiłaś mnie, tesorina.

- Cieszę się.

- Pocałuj mnie, Frankie.

– Okej, Benny.

Przyłożyła swoje usta do jego, ale to Benny ujął jej usta swoimi, pochylił się nad nią, wygiął jej plecy i pił głęboko, kiedy jedna z jego rąk powędrowała w dół, potem pod koszulkę i znowu dół w majtki, aby ująć jej nagi tyłek, a obie jej ręce zanurzyły się w jego włosach.

Przerwał pocałunek, ale nie odsunął się daleko i poczekał, aż jej oczy powoli się otworzą, obdarzając go szaleńczym pięknem, zanim powiedział - Kocham cię, Francesca.

- Też cię kocham, kochanie.

Uśmiechnął się, przyciągnął ją bliżej, ale rozkazał - Teraz idź zrobić lukier.

Przewróciła oczami, ale też się podniosła, on poszedł z nią, a ona wstała z jego kolan.

Potem, gdy Gus znalazł się pod jej stopami, a ona, potykając się o niego, nie miała nic przeciwko, Frankie zrobiła lukier.

*****

- Okej – powiedziała Frankie, wchodząc tego wieczoru do jego sypialni.

Było to po kolacji, który dla niego przygotowała (polędwica wołowa, gotowane młode ziemniaki, szparagi w oleju i prażonych nasionach sezamu oraz bułki, które pani Zambino kupiła tego dnia wcześniej w piekarni). To było po torcie. To było po tym, jak powiedział jej, że chce jej tyłek na górze, bo chce zobaczyć kolejną koszulę nocną. Pokazała mu ją i nosiła przez około pięć minut, zanim ją z niej zdjął, aby mogła usiąść na jego twarzy, a on mógł mieć na niej usta, podczas gdy ona używała swoich na nim.

Włożyła z powrotem koszulę nocną (czerwoną satynową z przezroczystą wstawką wokół rąbka i pasujące majteczki, które były przezroczyste w tyłku, słodkie, ale nie tak słodkie jak śliwkowe) i wróciła na dół, żeby zabrać jego prezenty, który tam ukryła.

Teraz wróciła, z rękami założonymi za sobą, ukrywając prezenty przed wzrokiem.

Wskoczyła na łóżko, podeszła do niego na kolanach, aż upadła na biodro, zanim wysunęła jedną rękę i walnęła go w klatkę piersiową przeważnie kwadratową, cienką, dużą paczką.

- Ten jest głupkowaty – oznajmiła – Dobre rzeczy dostajesz na drugim miejscu.

Dobre rzeczy już miał.

Wiedziała o tym, więc jej nie powiedział. Po prostu otworzył prezent i zrobił to, kiedy mówiła.

- Pierwszy może być głupi, ale znacznie trudniej było go zdobyć. Musiałam go zamówić przez Internet, bo o tej porze roku ich nie sprzedają. Musiałam też znaleźć taki, który ci się spodoba, ale oni nie robią takich rzeczy dla facetów. Albo nie facetów takich jak ty. Mimo to nie chodzi tu o cycki i tyłki czy wypasione samochody, na co nie chciałabym patrzeć, ale nie jest to zbyt dziewczęce, co można by wyrzucić do kosza, więc myślę, że jest w porządku.

Zdjął papier, obrócił go w dłoniach i zobaczył kalendarz na ten rok, a jego temat: zdjęcia jeziora Michigan.

Nie było na nim celofanu. Był otwarty.

Ben trzymał go w dłoniach, patrzył na niego i przestał oddychać.

- Widzisz? Całkowicie głupkowaty – stwierdziła, nie wyczuwając zmiany, jaką wprowadził w pokoju jego nastrój, po prostu wyciągnęła rękę, by wyciągnąć mu kalendarz z ręki i bełkotała – Twój ma jakieś dziesięć lat. Szalone. Więc to trochę żart, ale trochę nie - Zaczęła przeglądać i znalazła to, czego chciała, pokazując mu miesiąc, w którym napisała w małych kwadracikach i przeglądała następny, w którym było więcej jej wpisów - Widzisz, zapisałam wszystkie urodziny: Mana, Seli, Vinniego Seniora, Theresy, Carma, Kena i dzieci. Umieściłam tam Vi, Cala i wszystkie dziewczyny, a także datę ślubu Manny’ego i Seli.

Oczy Benny’ego skierowane były na kalendarz, a serce zaczęło mu bić jak młotem.

– A tutaj – powiedziała, odwracając kartkę - Zamieściłam w nim cały swój harmonogram podróży, które już ustawiłam, wszystkie godziny, numery lotów, informacje o hotelach i wszystko. Możesz pisać w tym następne, co się pojawi.

Przestała paplać, w końcu na niego spojrzała, a kiedy to zrobiła, wyraźnie znieruchomiała. Patrzyli na siebie przez kilka chwil, zanim powiedziała z wahaniem, zupełnie go nie rozumiejąc - Ten drugi prezent jest o wiele lepszy, Benny.

- Chciałem tylko jednego w życiu – oznajmił.

- C-co? – wyjąkała.

- Przez całe życie nie miałem wielkich nadziei i marzeń. Chciałem tylko jednej rzeczy.

- Ja… - Przełknęła, nie spuszczając z niego wzroku i zapytała - Co to było, Słonko?

- Życia, które oznaczałoby, że miałbym na ścianie w kuchni kalendarz wypełniony urodzinami i rocznicami, przyjęciami, ćwiczeniami i specjalnymi okazjami. Całym gównem, które czyni życie dobrym, zapisane w kratkach wydrukowanych na błyszczącym papierze wiszącym na ścianie.

Jej oczy pojaśniały, a oddech stał się płytki.

– Dasz mi to? – zapytał.

- Tak, Benny – odpowiedziała natychmiast.

Natychmiast.

Tak. Zamierzała mu to dać. I on miał zamiar jej to dać.

Najlepsze… pieprzone… urodziny… w życiu.

- Bez gadania, bez gówna, chodź tu teraz, Frankie – rozkazał.

Odrzuciła kalendarz na bok i wylądował na łóżku, po czym natychmiast podeszła do niego.

A Ben zmiażdżył ją w ramionach, przewrócił na plecy i ponownie znalazł powód, aby pozbyć się jej koszulki nocnej.

W końcu spała obok niego w jaskraworóżowej z czarną koronką.

Jej drugim prezentem był drogi, ładny zegarek z napisem na odwrocie: Dla Benny’ego, Kocham Frankie.

To było cholernie zajebiste.

Jednak nie było to lepsze niż kalendarz.

Nie na dłuższą metę.


 

2 komentarze: